RSS

Archiwa miesięczne: Kwiecień 2012

Racjonalność jednowymiarowa

W ostatnich latach praktycznie nieustannie dokonują się mniej lub bardziej ważne zmiany w szkolnictwie na każdym poziomie. Właśnie trwa snująca się rewolucja w szkołach od podstawówki do liceum. Oto charakterystyczna dla kierującej nią mentalności wypowiedź, dotycząca konieczności zmian w Karcie Nauczyciela:

„A zmiany są potrzebne. Dlaczego? W ciągu pięciu lat zlikwidowano ok. 3 tys. szkół, a nauczycieli przybyło 13 tys. – jest ich obecnie ponad 600 tys. Warto też zauważyć, że od 1990 r. liczba uczniów zmalała o ok. 2 mln. Dzieje się tak, bo Karta Nauczyciela – mimo zmian demograficznych – nie pozwala elastycznie kształtować zatrudniania w szkołach, każe za to finansować przywileje wynikające z Karty” (cytat z tego artykułu).

Zobaczmy co dostajemy – pozornie jednoznaczną, liczbową informację o faktach: 3 tysiące szkół mniej, 13 tysięcy nauczycieli więcej, uczniów mniej o 2 miliony. Czyste liczbowe fakty. Teraz płynne przejście od opisu do powinności – zmiany, na które te dane wskazują same wymuszają na nas działania.

Działania te miałyby polegać na zaostrzeniu problematycznej relacji między ilością nauczycieli, ich obciążeniami godzinowymi a ilością uczniów poprzez zwiększenie nauczycielskiego pensum.

Zmiany te przedstawia się następująco: „To propozycje nie likwidujące, ale racjonalizujące” (podkreślenie moje), powołując się przy tym na często wykorzystywany argument z europejskiej normalizacji („polscy pedagodzy tygodniowo przy tablicy spędzają najmniej czasu w całej UE – 14 godz. zegarowych. W Niemczech to 24-26 godz., a na Słowacji 22-23”).

Gdzie ta racjonalizacja? Wyraźnie w wyliczeniach pieniędzy. Co staje się wyraźniejsze części tekstu, którą pomijam, dotyczącej „racjonalizacji” kwestii rocznych urlopów dla poratowania zdrowia. Tam pojawiają się „twarde” wyliczenia finansowe. Racjonalne ma być zatem wydawanie mniej na nauczycieli, skoro jest mniej uczniów. Racjonalne ma być zatem zwolnienie nadmiaru nauczycieli, lecz Karta Nauczyciela nadmiernie rzecz blokuje, dając nauczycielom do ręki rozmaite narzędzia, w tym wspomniane urlopy. Racjonalne ma być zatem zmienienie samej Karty, aby nic nie stało pomiędzy wyliczeniami kosztów i strat a zwalnianiem nauczycieli kiedy tak nakaże bilans.

Tylko gdzie tu jest dobro uczniów? Gdzie jest dobro wiedzy? I gdzie jest dobro reprodukcji społecznej? Wszystkie one trafiły do jednego śmietnika racjonalności ekonomicznej – dobre to, co się opłaca w wyliczeniach.

Dlaczego żadnemu z autorów tych wszystkich wypowiedzi nie przyjdzie do głowy, żeby powertować teksty pedagogów, socjologów, czy demografów? Albo chociaż, żeby z jakimiś porozmawiać? Co oni mogliby nam powiedzieć?

Na przykład to, że: zamiast utrzymywać klasy ponad trzydziestoosobowe, lepiej zrobić klasy liczące sobie 12-15 osób. I mamy załatwiony skok jakościowy w szkolnictwie. Proszę sobie policzyć, ile czasu może poświęcić nauczyciel w ciągu semestru na pracę z jedną osobą w klasie 35-cio osobowej. To po pierwsze. Po drugie, dynamika grup – kiedy w klasie jest 12-15 osób łatwo pracować na raz ze wszystkimi. OK, jeśli nawet nie jest to łatwe, to przynajmniej całkowicie możliwe.Powyżej 20-tu pojawia się mechanizm ukrywania się – jest już możliwość schowania się za cudze plecy. Im więcej, tym gorzej: wyłaniają się całe grupki, które mogą organizować sobie kontr-lekcję (pisać sms-y, grać w karty, bumelować jakkolwiek inaczej). Staje się to możliwe, bo mogą schować się za kimś innym, a, powiedzmy, najbardziej aktywna piątka uczniów w klasie sprawi wrażenie, że cała klasa jest w miarę aktywna i uczestniczy w lekcji. Mała klasa zwiększa integrację całości, w takiej grupie istnieje mniej klik, a zatem, także mniejsze rozziewy. Jeśli łatwiej o integrację, to zmniejsza się też możliwość konfliktów.

Co ciekawe, wszyscy ci piewcy racjonalizacji nie mają nawet zielonego pojęcia, że ich racjonalność jest ufundowana na ostatnich latach PRL-u – to wyż demograficzny z okolic pierwszej połowy lat siedemdziesiątych wymusił tworzenie licznych (30+) klas, ponieważ nie było innego sposobu, żeby poradzić sobie w taką ilością uczniów, mimo, że lekcje toczyły się od 8.00 do 19.00. Ci weseli racjonalizatorzy, przejmują ten PRL-owski element i robią z tego zła koniecznego tandetę z wyboru udając, że są liberalni i wolnorynkowi (proszę zwrócić uwagę, że jako odniesienie został podany rok 1990).

Na przykład, mogliby również usłyszeć, że „naturalna” dynamika społeczna powoduje, że instytucje „rozepchnięte” (większe środki, liczniejszy personel) przez wyż demograficzny stwarzają optymalne środowisko dla idącego potem niżu. Dzięki temu, ci z niżu mają lepsze warunki, kształcenia, pracy, czy kariery.

Oto problem – instytucjonalna konfiguracja naszego społeczeństwa spowodowała, że racjonalność zysków i strat posiada liczne, wszechobecne reprezentacje. A jednocześnie, racjonalność jakości kształcenia, jakości wiedzy, reprodukcji społecznej (ci uczniowie będą musieli kiedy zastąpić dzisiejszą kadrę profesorską, menedżerską, polityków i nauczycieli) prawie nie posiadają swoich reprezentacji i lokalizacji społecznych. Zostały zmarginalizowane i występuję jedynie jako głos różnych wariatów, czy lekceważonych akademików. W końcu z przepływu pieniędzy rozliczamy się co roku, a kilkanaście lat cyklu dydaktycznego nie obejmuje niczyjej zawodowej odpowiedzialności, a tym samym niczyjej wyobraźni.

W rezultacie dostajemy prosty podział. Ci, których stać, będą mogli kształcić się lepiej w szkołach prywatnych. I będzie to lepiej wcale nie przez lepszą kadrę, albo większe pieniądze na pomoce naukowe i dydaktyczne. Ale lepiej tylko dlatego, że w mniej licznych klasach. Reszta pozostanie w szkolnictwie państwowym, które jak w podręcznikowym przykładzie samospełniającej się przepowiedni, będzie coraz gorsze, bo dożynane przez domorosłych racjonalizatorów.

I nawet nie do końca obarczam winą samorządowców, którzy bezpośrednio wymuszają likwidowanie etatów poprzez naciskanie na dyrektorów szkół. Ryba psuje się od głowy, to rząd preferuje raczej wydawanie pieniędzy na najeżdżanie i okupowanie militarne innych państw, czy płacenie za to, żeby UEFA mogła dobrze zarobić niż na kształcenie własnego narodu.

Najgorsze jest chyba jednak to, że te haniebne zwyczaje, tę jednowymiarową racjonalność, przejmują uniwersytety. Jeśli one, teoretycznie miejsca wytwarzania i przechowywania wiedzy, nie potrafią tej wiedzy odnieść same do swoich działań, to niby dlaczego miałby robić to ktoś inny?

I równie smutne jest to, że dobrze wiadomo jak edukację poprawić. Ale nikt nie ma ochoty tego robić. Wbrew rozmaitym oficjalnym nadętym zapewnieniom.

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 29, 2012 w krytyka

 

Tagi: , ,

Hipoteza interferencji laboratoryzacji

Blog ten ma za zadanie służyć między innymi jako brudnopis do notowania różnorodnych pomysłów kręcących się wokół naszego projektu badania kontrowersji społeczno-naukowych i struktur wiedzy. Oto taki notatko-pomysł pod rozwagę:

Pośród interesujących nas kontrowersji znajduje się spór pomiędzy medycyną oficjalną a altmedem. Oczywiście uproszczeniem jest mówić o dwóch takich dużych całościach, ale chwilowo nie jest to istotne, więc problem na bok. Na poziomie konkretnych dyskusji i argumentacji uczestnicy przyjmują istnienie takich dwóch stron (np. antyszczepionkowcy versus zwolennicy szczepień), dlatego takie uproszczenie w pewnym zakresie można przyjąć.

Teraz problem: modernizacja polega między innymi na laboratoryzacji świata. Latour pokazywał to na przykładzie sukcesów Pasteura, mówiąc o pasteuryzacji Francji. Jak zatem w świecie, w którym wszystko wskazuje na triumf nauki (w tym medycyny), dochodzi do tego, że medycyna alternatywna, albo postawy sprzeciwiające się medycynie oficjalnej stają się pociągające. Innymi słowy: dlaczego altmed jest powabny?

Szukając odpowiedzi: mając na karku spadek po STS-ach, nie bardzo chcemy odpowiadać poprzez poszukiwanie jakichś ogólnych mechanizmów ścierania się idei (w stylu siły rozumu przeciw specyficznie nowoczesnej irracjonalności, albo jakoś tak). Ten tryb jest dla nas niewiarygodny. Bardziej interesujące jest rozważenie – jak widać ten problem z perspektywy pacjenta w szpitalu? Czy ktoś znajdujący się na terenie zwycięzcy – biopolitycznej instytucji panoptycznej (etc.) ma szanse „wyjść poza system” (mentalnie, w praktyce)?

Metodologia: badanie etnograficzne (z wszelkimi jego niedogodnościami).

Na czym skupiały się obserwacje: w obserwacjach interesowały mnie dwie rzeczy: 1. W jaki sposób wytwarzane jest niezadowolenie pacjenta? Jak jest ono dystrybuowane, w jaki sposób krąży, kto je podtrzymuje, kto uchyla? Założenie jest takie, że niezadowolenie artykułowane jako niezadowolenie, niechęć, czy rozczarowanie służbą zdrowia w ogóle może stanowić krok pierwszy w stronę altmedowej konkurencji (chociaż oczywiście, to nie jedyna droga). 2. Jak wygląda dynamika konstruowania wiedzy i, zwłaszcza, niewiedzy u podmiotu, aktora, pacjenta, działającego (sami wybierzcie sobie stosowne określenie)? Założenie jest takie, że poza niezadowoleniem (komponentem emocjonalnym), pacjent operuje pewnego rodzaju wiedzą i niewiedzą, według której ocenia i rozpoznaje działania personelu medycznego. Na tej podstawie może kwalifikować je jako słuszne, niesłuszne, kompetentne, niekompetentne, dobre, złe itd. (powiedzmy, że to komponent poznawczy).

I oczywiście, nie tyle interesowała nas wiedza jako „coś w głowie”, ile jako coś wykonywanego w praktyce (znów spadek STS-ów i ANT).

Obserwacje: okazywało się, że można było zaobserwować dwa standardowe obszary generowania niezadowolenia. Jeden oczywisty – zderzenie oczekiwań pacjentów z praktykami personelu medycznego. Jednakże na tym skupiałem się w mniejszym stopniu, ponieważ raczej prowadził do narzekania na instytucję, bez ingerencji w poziom wiedzy. Drugi był ciekawszy: dotyczył tych pacjentów, którzy sumiennie wykonywali zalecenia personelu (obecne lub wcześniejsze, w przypadku przewlekłych problemów).

Teraz szybki obrót perspektywy: zamiast patrzeć na działającego tak czy inaczej pacjenta, spójrzmy na dynamikę całej sieci (zbiorowości, asemblażu, materialnej konfiguracji, wiązki procesów – znów proszę sobie wybrać właściwe określenie). Wspominałem wcześniej o laboratoryzacji: chodzi o pacjentów, którzy poprzez własne praktyki uczestniczyli w skutecznej laboratoryzacji, to znaczy przekształcili tak swoje otoczenie, aby zamieniło się w quasi laboratorium. Ich doświadczenie polegało na zderzeniu z dziurami w laboratoryzacji ze strony placówki medycznych. Innymi słowy – ci pacjenci rozszerzali warunki medyczno-laboratoryjne i jednocześnie obserwowali, że nie czyni tego szpital. Zamiast tego działo się coś innego, różne frakcje szpitala (bez technicznego żargonu trochę brakuje mi tu sposobów ujęcia problemu :)) realizowały różne procesy laboratoryzacji, które wcale nie musiały się ze sobą sklejać. Więcej nawet, mogły się ze sobą kłócić. I to było właśnie to doświadczenie dziur.

Przykłady: miesięczne niemowlę, rodzice mają zalecenia jak najstaranniejszego izolowania od kontaktów z innymi w celu uniknięcia bardzo groźnych w tym przypadku infekcji (laboratoryzacja 1). W ramach badań ogólnych dziecko zostaje skierowane na badanie USG i czeka w kolejce poza swoim oddziałem w tłumie osób chorych (np.  pokasłujących, kichających) oraz osób spoza szpitala (laboratoryzacja 2).

Pacjentka w podeszłym wieku ze złamaniami i potłuczeniami zostaje skierowana na prześwietlenie złamanej ręki. Nie może jednak uzyskać pomocy w położeniu się, ani odpowiednim ułożeniu ręki, ponieważ technik robiący prześwietlenie nie jest świadom kompleksowości problemu (złamanych żeber, potłuczeń). Tutaj ogólne zalecenia, które otrzymuje pacjentka związane z jej całościowym stanem (laboratoryzacja 1) zderzają się z wybiórczymi manipulacjami skoncentrowanymi jedynie na złamanej kończynie (laboratoryzacja 2).

Komentarz do przykładów: To krótkie przykłady dla orientacji. Ważne jest dla mnie wyłowienie pewnej ogólnej mechaniki – nie chodzi o indywidualne wady i zalety, czy uchybienia, czy sukcesy (w stylu „troskliwy lekarz”, czy „lekarz bezduszny i niezainteresowany”), ile o mechanizmy rozproszone generujące nakładanie na siebie odmiennych laboratoryzacji.

Hipoteza: moja hipoteza przyjmuje więc następującą postać: nakładające się na siebie różne laboratoryzacje tworzą niejednorodne strefy większej lub mniejszej skuteczności obejmowania pacjenta praktykami medycznymi (naukowymi, laboratoryjnymi), co w rezultacie może wytwarzać wrażenie, że szpitale same nie przestrzegają swoich zaleceń. Podobnie jak w zjawisku interferencji fal pojawiają się obszary jaśniejsze i ciemniejsze, tak tutaj można mówić o interferencji laboratoryzacji.

Zalecenia: tutaj jestem w kropce. Ogólne zalecenie, które przychodzi mi do łowy polega na konieczności usprawnienia krążenia informacji tak, aby przechodziły między różnymi laboratoryzacjami. W rezultacie, powinno to wygładzić różnice między „obszarami ciemniejszymi i jaśniejszymi”. Ale to nazbyt ogólnikowe.

No dobrze, tak czy owak, jest to praca w toku i powyższe pospieszne ubranie jej części w słowa ma za zadanie otworzyć możliwości usprawniania analiz. Jedno chciałbym podkreślić, jeśli nie stało się to dotąd jasne: intencją nie jest przeprowadzanie „krytyki medykalizacji” lub coś podobnego (np. „krytyka uprzedmiotowienia pacjenta” etc.), a taka analiza faktycznych praktyk medycznych, która może zostać wykorzystana do poprawy organizacji procesu leczenia ludzi.

KRZYSZTOF

 
3 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 11, 2012 w badania w toku

 

Tagi: , , , ,