RSS

Argument z boja (uwagi pokonferencyjne)

16 List

Wyobraź sobie

Wyobraźmy sobie następujące zdarzenie: rozmawiają dwaj lekarze. Pierwszy niech będzie Ortopedą, drugi Epidemiologiem a zarazem specjalistą od chorób skóry. Niech rozmowa odbywa się na seminarium naukowym, na konferencji, czy w czasie innego oficjalnego spotkania. Epidemiolog przedstawia wyniki kilku badań empirycznych i mówi, że choroba X, która wywołuje epidemie i przejawia się takimi a takimi zmianami skórnymi oraz szeregiem innych symptomów nie jest wynikiem rzucaniem uroków, czy złym spojrzeniem, jak mówiły przekazy ludowe, a powoduje ją herpeswirus. Źródłem zakażenia, pokazują badania, są inni ludzie, zakażenie następuje drogą kropelkową, okres wylęgania trwa tyle i tyle, zaś czas zaraźliwości tyle i tyle.

Normalne sprawozdanie z badań.

Teraz, wyobraźmy sobie, że wstaje Ortopeda i mówi tak: bo ja broniłbym wersji z urokiem.

„Czy masz na to jakieś badania? I czy masz jakieś badania, które wykazują nieważność przywoływanych przeze mnie wyników?” – pyta Epidemiolog

„Tak” – odpowiada Ortopeda – „niejaki John Smith z Ameryki zrobił badania, polegały one na tym, że pytał chorych i oni odpowiadali mu, że skoro mają takie krosty, strupy i pęcherze na skórze w dużej ilości, to znaczy, że ktoś musiał rzucić na nich urok, a przynajmniej spojrzał złym okiem”.

Sytuacja taka jest niewyobrażalna, prawda? Rozmawia dwóch naukowców, jeden przedstawia wyniki empirycznych  badań pewnego zjawiska, a drugi, który nie jest specjalistą w tej dziedzinie, oponuje powołując się na badanie opinii chorych na temat przyczyn choroby i z tego wysnuwa wniosek o rzeczywistych przyczynach choroby. Zachowanie w kontekście nauki tak nieracjonalne, że niewyobrażalne.

Kontekst

W ostatnim czasie, ja i Michał współorganizowaliśmy w Toruniu konferencję „Etyka w badaniach naukowych” (Andrzej/Fronesis z kolei zgłosił wystąpienie). Jeden z najciekawszych referatów wygłosiły Ola Derra i Ewa Bińczyk (abstrakty), nasze instytutowe koleżanki. Powyższa opowieść jest wstępem do dyskusji po ich referacie i odnosi się do jednego z poruszanych w nim wątków.

Niewyobrażalne, a prawdziwe

Poruszany wątek dotyczył obrazu nauki stworzonego przez amerykańskiego socjologa Roberta Mertona. Wskazał on na takie cztery jej cechy: 1. wspólnotowość (communality), 2. uniwersalism, 3. bezinteresowność, 4. zorganizowany sceptycyzm. Ola i Ewa postawiły po prostu tezę, że etos nauki oparty na modelu Mertona jest życzeniowy raczej niż faktyczny, ponieważ nie odpowiada prawdzie. Skąd takie przekonanie? Tutaj przywołały wyniki rozmaitych badań, w tym takich, które usiłowały ustalić normy, jakimi faktycznie kierują się naukowcy w pracy. Jednocześnie wskazały na słabość metodologii Mertona (wielokrotnie wytykaną): nie badał on rzeczywistych działań naukowców, a jedynie zapytał ich o to jakimi normami się kierują w pracy. Różnica między deklaracjami a faktycznymi działaniami jest powszechnie w naukach społecznych (i nie tylko w nich) znana. Badania, na które powoływały się Ola i Ewa są znacznie nowsze niż Mertona, część z nich też zakrojona na znacznie szerszą skalę.

Dzięki uprzejmości referentek wklejam poniżej wykorzystane w prezentacji cytaty oraz odniesienia bibliograficzne:

  • Sergio Sismondo: „wymieniane przez Mertona normy są życzeniowymi zaleceniami moralnymi”  (s. 27).

Sismondo, Sergio. 2010. An Introduction to Science and Technology Studies. Malden, MA, Oxford: Wiley-Blackwell, wyd. drugie.

  • Steven Fuller: „postać Mertonowskiej teorii nauki to efekt podjętych przez tego badacza decyzji metodologicznych” (s. 15).

Fuller, Steve. 2006. The Philosophy of Science and Technology Studies. New York, London: Routledge, Taylor&Francis Group.

  • Ian I. Mitroff: „naukowcy w równym stopniu hołdują zasadom zawodowym przeciwnym do norm wskazanych przez Mertona. Są to następujące przeciw-normy: 1) odosobnienia (ang. solitariness),
    2) partykularyzmu, 3) interesowności i 4) zorganizowanego dogmatyzmu
    „.

Mitroff, Ian I. 1974. The Subjective Side of Science. New York: Elsevier.

  • Michael Mulkay: „normy Mertona stanowią rekonstrukcję propagandowego autoobrazu tej grupy społecznej„.

Mulkay, Michael. 1976. Norms and Ideology in Science. „Social Science Information”, 15: 637-656.

  • Ola, Ewa: „Robert Merton w późniejszych tekstach podkreśla rolę ambiwalencji co do norm, która charakteryzować może społeczną rolę uczonych„.

Zob.: Merton, Robert. 1976. The Ambivalence of Scientists: A Postscript. W: tenże. Sociological Ambivalence and Other Essays. New York: Free Press, 56-64.

 

Po referacie odzywa się głos z sali: „bo ja bym bronił(a) Mertona”.

W jaki sposób? Badania wskazują na co innego niż początkowo mówi Merton (nawet sam zmienia swoje stanowisko). Są one nowsze (czyli odnoszą się do wyników Mertona) i jest ich więcej. Dokonują też rozróżnienia, które zniknęło Mertonowi: oddzielają rzeczywistość od opinii na temat rzeczywistości. Na jakich więc podstawach można bronić Mertona? Bo ktoś ma na to ochotę? Bo ktoś chce zignorować wyniki badań empirycznych z dziedziny (studia nad nauką), o której nie ma pojęcia? Bo Merton jest fajny koleś? Bo ktoś kiedyś (w doktoracie, w jakimś zamierzchłym artykule) pisał o Mertonie, a w obliczu nowych danych tekst ten stałby się nic nie wartym śmieciem? Bo ktoś tłucze Mertona do głowy studentom, ponieważ nie zna nowszej literatury? Bo ktoś, śladem Mertona, nie odróżnia rzeczywistości (działań naukowców) od opinii na temat rzeczywistości (opinii naukowców na temat norm, jakim hołdują)?

Jeśli czytający zechcą zerknąć na zalinkowaną stronę konferencji, to znajdą tam instytucje organizujące. Z tego krótkiego, a poważnego zestawu, można wysnuć słuszny wniosek, że w dyskusji biorą udział badacze uznani, szanowani, zajmujący miejsca w instytucjach z górnej półki. Nie mówimy więc o aberracji niedouczonych, a o systematycznej, zorganizowanej i okopanej nieracjonalności ukrytej w samym naukowym sercu (jeśli ktoś nadal ma ochotę mówić o naukowości humanistyki). Rzecz niewyobrażalna w przypadku medycyny, staje się normalną praktyką w przypadku championów humanistyki.

Ludwik Fleck sytuację taką opisywał jako jeden z mechanizmów obrony starego stylu myślowego przed nowym: po prostu nie przyjmujemy do wiadomości nowych danych, więc nie są one dla nas zagrożeniem. Starych przekonań bronimy z mocą piastowanego urzędu, sprawowanej funkcji, siły wieku, donośności głosu, czy co tam jeszcze mamy w ekwipunku postaci.

I na deser…

Po tym wszystkim zdarzyło mi się brać udział w surrealistycznej (w tym kontekście) rozmowie na temat habilitacji. Szło to tak: habilitację należy robić poza miejscem pracy (poza miejscem doktoryzowania się), aby się sprawdzić i wystawić na obiektywną ocenę. No cóż, jeśli ta obiektywność działa tak, jak w powyższej dyskusji, a obiektywni badacze są równie racjonalni, co w tym przypadku, to good luck! Obiektywne argumenty, obiektywne dane, obiektywne wyniki i obiektywne oceny.

Jeśli w tej sytuacji mogę wybierać między mitologicznym (filozoficznym?) spojrzeniem na racjonalność instytucji naukowych a perspektywą socjologiczną, to wybieram tę drugą. Pierwsza nie zauważy irracjonalnej aberracji opisanej powyżej sytuacji i mocą przyjętej uprzednio aksjologii nakaże wygłaszać przekonania na temat obiektywizacji oceniania czyjegoś dorobku. Druga wyjaśni mi irracjonalną dyskusję z konferencji (vide Fleck) i nadto pozwoli postawić pytanie o mechanizmy obiektywizowania. Na przykład w ten sposób (tropem Bergera i Luckmanna): czy obiektywizm przekonań wywodzi się z ich zawartości, czy też są one obiektywizowane w kontekście instytucji, struktury wpływów i społecznie podzielanego zasobu wiedzy? Albo inaczej: czy instytucje naukowe są pustą skorupą, którą zasiedliły obiektywne treści nauki (i oceny – bo przecież o nie też chodzi)? Czy też to właśnie jakieś mechanizmy instytucjonalne obiektywizują krążące w nich treści? I idąc dalej: czy zatem powinniśmy poszukiwać dwunastu naukowo obiektywnych ludzi, by poddać się obiektywnej ocenie, czy też powinniśmy wykazać się roztropnością (fronesis) i rozpoznać lokalne instytucjonalne mechanizmy funkcjonowania wiedzy i zawierzyć takiemu rozpoznaniu?

Kto nas nabiera – mitomani, czy socjologowie?

Poza tym, szczerze, w obliczu epidemii komu zawierzycie Epidemiologowi, czy Ortopedzie? Zaś w przypadku rzucenia swoich losów na szalę habilitacji: teorii socjologicznej, czy filozoficznemu mitowi obiektywności?

Krzysztof

Reklamy
 
8 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Listopad 16, 2012 w sceptycznie

 

Tagi: ,

8 responses to “Argument z boja (uwagi pokonferencyjne)

  1. Ziemek

    Listopad 17, 2012 at 2:37 pm

    dobre podsumowanie!

     
  2. frustrat

    Listopad 21, 2012 at 7:50 pm

    ostatnio zdobyłem podobne doświadczenia – co mnie dość zakoczył bo się dowiedziałem, że właściwie takie badania są średnio empiryczne a do tego problemy średnio filozoficzne. No to do BOJA.

     
  3. radek

    Listopad 22, 2012 at 6:07 pm

    Ciekawe gdzie osoba, która wymyśliła robienie habilitacji w innym miejscu niż miejsce pracy zrobiła swoją. Zresztą w świetle nowych przepisów nie ma przecież najmniejszego znaczenia, bo ocena dorobku jest dokonywana przez – oczywiście – obiektywną komisję.

     
  4. Krzysztof

    Listopad 23, 2012 at 11:31 pm

    @ziemek
    Dziękuję. Niestety, chyba bezradność też przebija. Ale chociaż mamy na to teorię 🙂
    @frustrat
    Współczuję. Ja z takimi sytuacjami spotykałem się częściej niż ten raz. Teraz po prostu udało się złapać poznawczo i cytatami za rękę. I to mnie ucieszyło, że można częstsze zjawisko uchwycić na przykładzie.
    @radek
    Nie wiem gdzie, ta kwestia w ogóle się nie pojawiła, co chyba nie jest zaskoczeniem. Uwaga o obiektywości bardzo trafna.

     
    • radek

      Listopad 24, 2012 at 9:54 am

      W tym wszystkim jest jakaś niesymetryczność, ciągle słyszę o tym jak ma wyglądać właściwy rozwój kariery naukowej: staże zagraniczne, publikacje na liście filadelfijskiej, indeks Hirscha (nawet nie wiem jak to napisać), teraz habilitacja najlepiej na Oxfordzie (tylko oni takiego czegoś nie mają!!!) i jeszcze 300 punktów rocznie a artykuł ma mieć 120 stron, bo reszta to chała. A przecież apologeci takiego podejścia mieli szczęście i święty spokój zrobić habilitacje na podstawie jednej monografii. Uważam, że – w przeciwieństwie do, tych, którzy podpisują się pod powyższym modelem oceny dorobku naukowego – że jedna monografia, która jest owocem niejednokrotnie wieloletniej pracy może być wystarczającą przesłanką do uznania badacza za dojrzałego i samodzielnego intelektualnie specjalistę. Tym bardziej w humanistyce. Zaskakujące jest to, że ludzie formułują normy, których sami nie chcą i nie są wstanie spełnić.

       
      • Krzysztof

        Listopad 24, 2012 at 10:35 pm

        Spiskowo i brutalnie (a przy tym socjologicznie) można powiedzieć tak: elity zabezpieczają swoją pozycję przez uszczelnianie ścieżek awansu. Widać to np. w ustawie – wzmocnienie sytuacji profesury jeśli chodzi o zatrudnienie, przy jednoczesnym osłabieniu pozycji dr hab. i dużym osłabieniu pozycji dr. Dodatkowo (bardzo oprotestowywany punkt ustawy), rektor ma o niebo większe możliwości zwalniania pracowników – np. z powodów organizacyjnych po uprzednim zasięgnięciu opinii głównego organu kolegialnego (zwykle senatu). Zaznaczam „zasięgnięciu opinii”, a nie opinii negatywnej o zwalnianym (stąd właśnie protesty). Albo układ dwóch ocen negatywnych, które można niechcianemu delikwentowi wystawić rok po roku.
        I masz całkowitą rację, że wymogi są mocno niesymetryczne. Potrafię wskazać niejednego doktoranta o dorobku porównywalnym z habilitowanymi. Nie jest to reguła, ale fakt, że to nie jest super wyjątkowa sytuacja pokazuje, że system dostał czkawki.

         

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: