RSS

Archiwa miesięczne: Grudzień 2012

Jak nie pisać o nauce i filozofii nauki

Dzięki uprzejmości znajomej, w moich rękach znalazł się podręcznik do nauczania filozofii na poziomie szkoły średniej. Dzieło to wydało wydawnictwo Operon, autorami są Magdalena Gajewska i Krzysztof Sobczak. Filozofii jest w szkołach mało, przegrywa ona nierówną walkę z religią. Co więcej w ramach edukacji filozoficznej, nauczania filozofii nauki jest pewnie proporcjonalnie jeszcze mniej. Dlatego chcę się przyjrzeć w jaki sposób jedyny dopuszczony w podstawie programowej podręcznik wyrządza szkodę tak filozofii jak i nauce.

Ale za nim o podręczniku, odrobinę o moim skomplikowanym stosunku do filozofii nauki,  jest on delikatnie rzecz ujmując krytyczny.

Moje dość negatywne stanowisko, uwarunkowane jest przez polskie środowisko filozofów nauki.  Dlaczego? Już śpieszę z małym katalogiem moich obserwacji i uprzedzeń. Mam nadzieję, że czytelnicy bloga wybaczą mi brak nazwisk, ale jako wciąż działający w polu akademickim (na niskim dość szczeblu), wolałbym w tym polu pozostać.

Oto kilka grzechów filozofów nauki (filozofek jest dość mało, pozostanę przy zwyczajowej formie męskiej). Z małymi wyjątkami, filozofowie nauki przez naukę domyślnie  rozumieją fizykę teoretyczną. Filozofów nauki interesujących się chemią jest prawdopodobnie tylko  dwoje, filozofów biologii jest odrobinę więcej (w tym jeden kreacjonista), filozofów matematyki też znajdzie się kilku. Gdy jednak zapytamy o filozofów biologii, którzy zajmują się czymś innym niż teorią ewolucji, to może być krucho. Pytanie retoryczne: ile znacie prac z filozofii nauki (w Polsce) poświęconych taksonomii, zoologii i innym „przyziemnym” dziedzinom biologii. Gdy zaczniemy spoglądać na takie dziedziny nauki jak geologia, geografia, medycyna stosowana, technologia chemiczna, gleboznawstwo, farmacja etc. to szeregi filozofów nauki w zastanawiający sposób topnieją.

Kolejnym problemem, jest uzależnienie filozofii nauki w Polsce, od zaściankowej tradycji jaką jest anglosaska filozofia analityczna. Problemy naukowe są traktowane jako językowe i do nich się ostatecznie sprowadzają. W tym miejscu możemy przejść do kolejnego „grzechu”, jakim jest teorio-centryzm. Dla filozofów nauki, ta ostatnia to przede wszystkim, teoria naukowa. Najlepiej, gdy jest ona do tego sformułowana możliwie formalnie, wtedy scholastyczny umysł filozofa może czuć się „u siebie w domu”. Nie dziwi zatem żenująca bezradność filozofów nauki i wynikająca stąd ich nieobecność, w „krainie” geologii, zoologii, gleboznawstwa, wszelkich naukach inżynieryjnych etc. Przecież, że zajmować się filozoficzną refleksją nad wymienionymi dziedzinami nauki, trzeba zrozumieć czym są wyjaśnienia wizualne w procesie naukowym, co więcej trzeba pojąć, że nauka to także bieganie po lesie w gumowcach z siatkami i zbieranie kleszczy. Teorio-centryzm to lęk przed nauka traktowaną jako praktyka. To lęk przed nauką, która nie da się zamknąć w łatwiej do strawienia przez scholastyczny rozum postaci. W tym miejscu przejdę do ostatniego zarzutu, filozofia nauki jest zupełnie bezużyteczna jako narzędzie w sporach naukowo-społecznych. Potrzebując pomocy w argumentacji z przedstawicielem ruchu antyszczepionkowego, czego  mogę oczekiwać od osób, które zatrzymały się na Popperze i Kuhnie (te najodważniejsze wspominają o Feyerabendzie). Smutne jest to, że unikające badania sporów, kontrowersji naukowo-społecznych środowisko filozofów nauki, samo nie jest wolne od dość określonych postaw politycznych. Dość dosadnie określił to jeden z moich znajomych profesorów: „sojusz krzyża z kwantyfikatorem”, ja dodałbym tu korektę, mamy jeszcze drugi, symetryczny sojusz „paleoateizmu” i „paleoracjonalizmu” z kwantyfikatorem.

Myślę, że dość już moich wynurzeń i obnażania resentymentu, przejdźmy do podręcznika.

Pierwsze i drugie zdanie w rozdziale poświęconym filozofii nauki,  brzmią:

Filozofia nauki jest działem filozofii zajmującym się analizą X, podobnie jak inne filozofie interesują się Y i Z. Zajmuje się ona poznawaniem rzeczywistości danego X, którym są podstawy nauki, jej język i rozwój.

Prawda, że wspaniałe to zdanie? Licealista/tka od razu czuje, jaką wspaniałą przygodą będzie dla niego filozofia nauki. Co ciekawe, już w drugim zdaniu, udaje się przemycić, analityczny przesąd wedle którego nauka to „język nauki” (a o czym w dalszej części rozdziału nie będzie ani słowa). Idźmy dalej.

Stara się odpowiedzieć na pytania: czym jest metoda naukowa, czym nauka różni się od wiedzy, którą zdobywamy na co dzień, jak powinniśmy interpretować informację od naukowców o tym, że odkryli ukrytą niewidzialną strukturę, (…)

Świetnie, przeciwstawienie codzienności i wiedzy o niej nauce. Takie pojmowanie nauki to strzał w stopę. Dlaczego nauka i wiedza „którą zdobywamy na co dzień” są rozdzielane? To najlepszy sposób żeby powielać mity, które z jednej strony wzmacniają obraz naukowców jako wyalienowanych technokratów, z drugiej upowszechniają wizję naukowców jako szalonych magów. Rozróżnienie tym bardziej szkodliwe, że dziś nauka przenika naszą codzienność jak nigdy wcześniej. Nie jesteśmy w stanie rozwiązać podstawowych problemów naszego życia codziennego bez udziału nauki (zaczynając od bólu głowy a kończąc na nowym obuwiu biegowym).

Bardziej kuriozalne jest stwierdzenie o „niewidzialnej strukturze”. Cóż ono znaczy? Mistycyzm zawarty w tym stwierdzeniu sugeruje taką wizję nauki, której blisko do religii. Taka wizja pewnie pokutuje w tych wszystkich bezcelowych dyskusjach pomiędzy zwolennikami ewolucjonizmu jako sposobu objaśniania, a tymi, którzy w ramach konserwatywno-religijnej kontrrewolucji obnoszą się ze sztandarem inteligentnego designu. To tylko w takim sporze, Ci od ID, mogą twierdzić, że nie wierzą w niewidzialną strukturę proponowaną przez ewolucjonizm. Biolog-praktyk, nie odkrywa żadnych mistycznych niewidzialnych struktur, on hoduje bakterie, bada kapibary, wykopuje kości (gdy jest paleontologiem).

Dalej podręcznik referuje, dość nieudolnie, poglądy Carnapa, przy okazji stwierdzając, że faszyzm spowodował, że „siłą rzeczy niemieckojęzyczni filozofie nauki wejdą w krąg filozofii anglosaskiej …” (błąd w oryginale).

Autorzy już na wstępie rozdziału  odżegnali się od socjologii wiedzy, ale w życiu jak w psychoanalizie, wyparte wraca ze zdwojoną siłą, oto co mają oni do powiedzenia o Popperze:

Popper był nie tylko filozofem nauki, ale także nauczycielem fizyki i działaczem lewicowym, zaangażowanym w ruch socjaldemokratyczny. Rozstał się jednak z komunizmem, kiedy stał się świadkiem prowokacji  zorganizowanej przez komunistów, w efekcie której śmierć ponieśli niewinni ludzie.

Znajoma nauczycielka, od której pożyczyłem książkę skomentowała to zdanie na marginesie „WTF?”. Chyba już nic sam więcej nie dodam. Choć z drugiej strony, może czegoś ciekawego się o Popperze dowiedzieliście. Po pobieżnym i dość niejasnym omówieniu poglądów Poppera, autorzy przeskakują do Kuhna i dość zdawkowo omawiają koncept rewolucji naukowych. Tym też kończą swą wycieczkę w krainę filozofii nauki.

Uczeń/uczennica nie dowiedzą się nic z tego rozdzialiku, o problemach uzasadniania wiedzy naukowej, o indukcji, dedukcji. Nie dowiedzą się nic o konstytucji faktu naukowego, nie będą wiedzieć nic o współczesnych sporach w naukach laboratoryjnych. Oczywiście nic nie dowiedzą się o praktyce naukowej i problemach związanych z praktyki tej badaniem.

To co, mnie zabolało szczególnie silnie, to anglosaski prowincjonalizm autorów (Koło Wiedeńskie, ze względu na recepcję, traktuję jako część anglosaskiego zaścianka), nie wspomniano żadnego badacza polskiego: czy to przedstawiciela Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, czy to opozycyjnego do tej tradycji Ludwika Flecka.

A przecież wystarczyłoby streścić z jednej strony Ajdukiewicza, z drugiej strony zrekonstruować poglądy Flecka i dzięki temu wyposażyć uczniów w zasób wiedzy, który byłby bardziej adekwatny niż anglosaskie starocie.

Pomijam, już to, że odważniejsi autorzy mogliby również omówić wybrane zagadnienia z socjologii wiedzy, socjologii nauki i zagadnienia z zakresu społecznych studiów nad nauką i techniką (choćby omówić książkę „Golem, czyli co trzeba wiedzieć o nauce” Harrego Collinsa i  Trevora Pincha, mimo, iż nie wiadomo dlaczego, polskie wydanie tej książki pozbawione zostało przypisów).

Kończąc tą krótką recenzję-donos, nie zdziwi mnie gdy wyedukowani na wspomnianym podręczniku uczniowie zasilą szeregi antyszczepionkowców i kreacjonistów. Filozofia nauki to przecież to czym się zajmują martwi Austriacy, którzy „siłą rzeczy” zrobili karierę jako filozofowie anglosascy. Nauka to odkrywanie niewidzialnej struktury, co więcej jest to działalność, która stoi w sprzeczności z wiedzą „na co dzień”.

Na początku notki znęcałem się nad filozofią nauki. Jestem silnie przekonany, że nauczanie filozofii nauki bez nauczania socjologii wiedzy i nauczanie z zakresu społecznych studiów nad nauka i techniką jest szkodliwe. Tyle tylko, że to dotyczy nauczania na poziomie uniwersyteckim. Jak widać po wspomnianym podręczniku nauka w liceum po prostu krzywdzi uczniów. Uczniowie i uczennice więcej dowiedzieliby się o funkcjonowaniu nauki z blogów naukowych, takich choćby jak blog Sporothrix czy Nic Prostszego. Tylko jak przekonać Ministerstwo do uznania blogów za podstawę programową.

Reklamy
 
18 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Grudzień 19, 2012 w krytyka, Recenzje

 

Tagi: , ,