RSS

Archiwum autora: strukturywiedzy

Czyje lęki? Czyja Nauka? Książka podsumowująca wyniki.

Ukazała się nasza wspólna książka podsumowująca uzyskane w grancie wyniki.

Książkę można zakupić tutaj:

http://press.amu.edu.pl/pl/badania-interdyscyplinarne/item/3734-czyje-lęki?-czyja-na-uka?-struktury-wiedzy-wobec-kontrowersji-naukowo-społecznych.html

rec_czyje

Opis książki:

Nauka – niegdyś będąca źródłem pewności – dziś nie pełni tej roli w sposób nieproblematyczny. Postęp technologiczny, oprócz na-dziei, generuje lęki i niepokoje. Patrząc wstecz, nauka przyczyniła się do niewątpliwych sukcesów, ale jednocześnie stworzyła nie-znane wcześniej i nie dające się w pełni kontrolować zagrożenia. Ta dwuznaczność prowokuje dwie możliwe reakcje. Pierwsza z nich opiera się na antyracjonalnej krytyce nauki. Druga – to przyjęcie pozytywistycznej i scjentystycznej wizji nauki jako nieproblematycznego dobra.

Prezentowana książka jest próbą nakreślenia trzeciej drogi, unikającej czołobitności ujęć scjentystycznych, ale jednocześnie nie popadającej w irracjonalną krytykę. Śledzi różnego rodzaju kontrowersje, obecne również w kontekście polskim (ruch anty-szczepionkowy, ADHD, gender) i stara się uchwycić dynamikę tych sporów w perspektywie półperyferyjnej, ukazać kształt, jaki omawiane kontrowersje przyjmują, gdy znajdą się na naszym rodzimym gruncie.

Punktem wyjścia są rozwijane studia nad nauką i techniką (science and technology studies – STS), zrywające z uproszczonymi sposobami prezentacji tworzenia wiedzy. Nurt STS, jak i przed-stawiana książka, postulują, aby o nauce myśleć jak o wytwa-rzaniu, majsterkowaniu i zmaganiu się z niepewnością materii. Paradoksalnie, taki „obniżony” sposób mówienia o nauce, pozwala zmniejszyć lęki powodowane przez innowacje naukowe. Bez tego nie będziemy w stanie konkurować z „handlarzami” strachu, niepewności i irracjonalizmu.

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 16, 2016 w naukowo, Recenzje

 

GMOrgias (po edycji)

/Uwaga, po dyskusji, która odbyła się na facebooku (niestety), notka uległa przeredagowaniu. Postaram się wkrótce zamieścić linki do zrzutów ekranowych z tej dyskusji./

Zacznijmy od cytatu z „Gorgiasa” Platona

Sokrates: Mówiłeś przed chwilą, że mówca jest bardziej przekonywający niż lekarz nawet w sprawach dotyczących zdrowia.

Gorgias: Tak, wobec tłumu.

Sokrates: Zatem tłum to znaczy ci, co nie wiedzą? Wobec tych bowiem, którzy wiedzą, mówca nie jest bardziej przekonywający niż lekarz.

Gorgias: Prawdę mówisz (459A).

Cytat powyższy  z „Gorgiasa” Platona, zaczerpnąłem za książką Bruno Latoura „Nadzieja Pandory”. Z niej pochodzi także poniższy fragment. Jest on komentarzem Latoura do cytatu z Platona, zamieszczonego powyżej:

            Sokrates triumfuje. Jednak Gorgias wskazuje ten sam problem, z którym wciąż borykamy się dzisiaj, ponieważ nikt go dotąd nie rozwiązał, z pewnością zaś nie Platon i jego Państwo. Polityka polega na postępowaniu z tłumem „niefachowców” i jest to zupełnie coś innego niż postępowanie fachowców z fachowcami w zaciszu ich wyspecjalizowanych instytucji. Zatem kiedy Platon maluje humorystyczną scenkę, w której kucharz i lekarz walczą o głosy zgromadzenia zepsutych dzieci (522), bez wielkiej bystrości można obrócić tę historyjkę przeciwko Sokratesowi. Ten zabawny obraz jest przekonujący tylko wtedy, gdy ateński tłum jest rzeczywiście złożony z zepsutych bachorów. Nawet jeśli zapomnimy o arystokratycznej pogardzie, jaką żywi Sokrates, wnikliwsze spojrzenie na sytuację ujawnia, że nie mamy tu do czynienia z pojedynkiem poważnego fachowca z populistycznym pochlebcą. Jest to raczej spór dwóch specjalistów, kucharza i lekarza, przekonujących zgromadzenie dorosłych mężczyzn do jednej z dwóch strategii: doraźnej albo długookresowej, przy czym żaden z nich nie zna ich skutków; przez ten spór będzie cierpieć tylko jedna strona – sam demos.

Cytaty powyższe dobrze ilustrują to, co wydarzyło się ostatnio w sporze o zdrową żywność i GMO. Zaczął się ten spór, od tekstu „Ekościema, czyli mity zdrowej żywności„, autorstwa Marcina Rotkiewicza. Temperatura została rozgrzana przez tekst „Superchwast” Tomasza Piątka. Spór uzupełniły – wspierający M.R. tekst Barta, polemiczny wobec tekstu Tomasza Piątka jak i z wspierająca go Hanną Gill-Piątek. Spór starał się zrekonstruować Nameste. Pojawiła się też odpowiedź M.R. (tu i tu). Kto ciekawy szczegółów, odsyłam do linkowanych tekstów. Pojawił się ponadto jeszcze jeden tekst (tu).

Mnie interesuje odtworzenie ról w tym GMO-spektaklu. Chcę to zrobić w kontekście pytania: kto z bohaterów jest bardziej pożyteczny dla demokracji i Ludu (oraz jego potrzeb). Zrobię to, podążając za wzmiankowaną wyżej książką Bruno Latoura (ukaże się ona wkrótce po polsku).  Latourowi dialog „Gorgias” potrzebny jest do pokazania paradoksalnego i trudnego związku dwóch wynalazków: Nauki i Demokracji (tradycyjnie uważanych za greckie).  Spór w „Gorgiasie”, Latour rekonstruuje jako przynależny trzem aktorom: Sokatesowi, Sofistom i Ludowi. Sokrates reprezentuje Rację, Rozum (Right), Sofiści – Siłę (Might), lud z kolei odsyła nas do demokracji (Reprezentacji). Mamy więc trzy czynniki, które muszą być uwzględnione: kwestie odkrywane rozumem, sprawy rozstrzygane siłą oraz to, co dzieje się wobec Tłumu i rozstrzygane jest przy pomocy pochlebstwa, poklasku dla oczekiwań tego ostatniego. Latour pokazuje, że każde z tych pól wymaga innych fachowców i innych umiejętności. Filozofowie w typie Sokratesa odwołują się do rozumnych argumentów. Karykaturalnie przedstawieni Sofiści, używają przemocy, w tym przemocy ekonomicznej. Tłum kierowany jest swoją własną dynamiką – chce po prostu dobrze żyć. Jeżeli się przyjrzymy dokładniej, widać, że zarówno karykaturalnie przedstawieni Sofiści jak i Sokrates, mają jeden cel: obronić się przed tłumem. Dochodzi tu do głosu arystokratyczna pycha Platona. Latour uważa, że odtworzenie sporów z „Gorgiasa” może pomóc w rekonstrukcji dzisiejszych „wojen o Naukę” (Science Wars). Zgadzam się z nim. Z tego powodu proponuję aby „spór o GMO i eko-żywność” potraktować jak platoński dialog.

Zastanówmy się kto, jakie pełniłby w nim role. Najprostsze do zrekonstruowania jest stanowisko zajmowane przez Marcina Rotkiewicza. Odpowiada on postaci Sokratesa. Uprzedzę od razu, że w wypadku Latoura (jak i Nietzschego), bycie porównanym do Sokratesa to nic miłego. Figura Sokratesa to ktoś, kto dyscyplinuje demos, używając odwołania do prawdy przynoszonej z zewnątrz. Dla Sokratesa-Rotkiewicza lud jest głupi, ciemny i omylny, jedynym ratunkiem jest Prawda (obowiązkowo z wielkiej litery). Sam Sokrates jak i Rotkiewicz, kokieteryjnie powiedzą nam, że oni sami, nie są nieomylni, odeślą na gdzie indziej. Sokrates do świata idei, Rotkiewicz do świata Nauki(1). Poprzez Naukę(1) rozumiem scjentystyczną wizję nauki, używaną jako narzędzie legitymizowania i uprawomocniania własnych twierdzeń. Nauka(1) nie wyczerpuje całego pola tego, co społecznie traktujemy jako naukę.

Sprawa się komplikuje, gdy przyjrzymy się pozostałym osobom naszego sporu-dialogu. Zasadniczy spór, jak wspomniałem, toczy się pomiędzy Sokratesem i Sofistami, obie strony boją się wielości, demosu. Inaczej chcą się przed ludem zabezpieczyć. Sokrates uważa, że tylko Rozum, Racja może dać odpór motłochowi, Sofiści upatrują rozwiązania w polityce – sile.  Sprawa jednak nie jest tak prosta.

Po pierwsze, Sofiści z dialogów platońskich to słomiane kukły, chłopcy do bicia, są oni tylko bladym cieniem realnych, historycznych sofistów. Realni Sofiści to nie tylko zwolennicy siły i cynizmu, to także retorzy którzy rozumieją lud i potrafią zarządzać jego lękami. Sofiści historyczni, to nie tylko zwolennicy cynicznej Realpolitik, to także osoby, które wiedzą, że nie mają możliwości przeprowadzenia swoich interesów, bez pertraktacji, negocjacji z Ludem. To, czego nas uczą Sofiści, to waga mediacji, zapośredniczenia. Sofiści realni, a nie kukły stworzone w dialogach Platona, to osoby, które wiedzą, że prawdę trzeba ubierać w szaty retoryki. Co więcej, to wcale nie oznacza, że musimy prawdę porzucić. Wbrew Sokratesowi, nie ma nagiej, niezapośredniczonej prawdy. Sofiści uczulają nas na ten prosty fakt. Ale trzeba uważać, niebezpieczni z nich nauczyciele – retoryka może nas zwieść. To pułapka w którą wpada część Sofistów i ich współcześni odpowiednicy – postmoderniści. Z faktu, iż prawda przychodzi tylko jako zapośredniczona, wyciągają oni mylny wniosek, że prawdy nie ma, oraz, że „wszystko wolno”. Nie idźmy tą drogą.

Po drugie, kiedy porzucimy starożytność, okazuje się, że stanowisko, odwołującego się do Prawdy Sokratesa, i odwołujących do siły Sofistów, zbliżają się do siebie. Oddajmy jeszcze raz głos Latourowi:

Wystarczy powiedzieć, że kiedy w końcu zostaje wynaleziona „polityka naukowa”, nadchodzą jeszcze gorsze potworności. Sokrates groził tylko własnym samotnym odejściem z agory i tylko jego krew popłynęła na koniec tej dziwnej próby zracjonalizowania polityki. Jakże niewinnie to wygląda dla dzieci obecnej epoki! Sokrates nie mógł sobie nawet wyobrazić, że zostaną stworzone naukowe programy wysłania całego demosu w zaświaty i zastąpienia życia politycznego żelaznymi prawami jednej tylko nauki, i że będzie nią ekonomia! Nauki społeczne w większości swych przejawów reprezentują ostateczne pogodzenie Sokratesa z Kalliklesem, ponieważ czysta siła, której zwolennikiem był ten ostatni, stała się przedmiotem dowodu – oczywiście nie przez geometryczną równość, ale przez nowe narzędzia, takie jak statystyka. Każdy szczegół w naszej definicji „tego, co społeczne” pochodzi teraz od Sokratesa i Kalliklesa stopionych w jedno.

Cytat powyższy pokazuje powinowactwo strukturalne pomiędzy zagrożeniem jakie dla sfery publicznej i demokracji stanowią: nauka oraz ekonomia. Co przez to zagrożenie rozumiem? Chodzi o problem z wprowadzaniem zewnętrznego arbitra do sporu i debaty demokratycznej.

Kiedyś takim arbitrem był Bóg. Było dobrze, kiedy wszyscy w Europie, żyli we w miarę jednorodnej kulturze średniowiecznej. Wtedy odwołanie do Boga pełniło swoją funkcję, stabilizowało sferę publiczną, legitymizowało władzę, służyło internalizacji wartości moralnych. Sprawy się skomplikowały wraz z reformacją i wojnami religijnymi. To, co kiedyś gasiło spory, teraz je wznieca, użycie w debacie zewnętrznego arbitra – Boga, zamiast gasić pożar było dolewaniem oliwy do ognia. Z tego powodu Hobbes, gdy opracowywał swoją koncepcję Państwa – Lewiatana, pozbył się Boga, wykreślił go z projektu.  Państwo miało się opierać na naukowych podstawach. Ludzie mieli odwoływać się do wewnątrzspołecznej (immanentnej) umowy społecznej, ta z kolei miała wynikać z odkrywanej naukowo (filozoficznie) natury ludzkiej.

Wszytko ładnie żarło, ale szybko zdechło. Hobbes nie był przygotowany na nadejście nauk eksperymentalnych, które reprezentował Boyle. Z tym ostatnim nasz filozof, toczył zresztą przegrane spory o próżnię.

Plan Hobbesa nie wypalił. Naukowcy i ich laboratoria, okazały się niezbędne dla Państwa. To Oni i ich wynalazki dawały dobrobyt, siłę militarną, etc. Niestety miało to swoją konsekwencję polityczną – przerwany został klarowny układ oparty o umowę społeczną. Naukowcy, którzy wyciągali Naturze jej sekrety, stali się uprzywilejowani, tak jak kiedyś Bóg zajęli pozycję zewnętrznego arbitra.

Wszytko znów było dobrze, dopóki wierzyliśmy w mit nowoczesnego postępu. Wtedy arbiter Nauki –  mówiącej w imieniu Natury – ucinał spory i dywagacje. Dziś jest inaczej. Nauka padła ofiarą własnego sukcesu. Połowicznie unaukowione społeczeństwo samo zaczęło toczyć spory naukowe. Co prawda tylko kilku z Nas ma laboratoria i może robić eksperymenty, ale wszyscy możemy czytać o Nauce(1). Tu jest sedno problemu, mało kto uprawia Naukę(2), czyli praktykę laboratoryjną, ale właściwie każdy może toczyć spory o Naukę(1). Nauka nie jest silna tam gdzie pozornie się wydaje. Scjentystyczne odwołania do Prawdy, Dowodu i Argumentu w debacie publicznej są kontrowane Kontrargumentem, Kontrdowodem i Kontrprawdą, tak rodzi się ten słynny #prawdopośrodkizm. Nauka jest silna tam, gdzie jej oponenci jej nie dosięgną – w laboratoriach, w praktyce technicznej, technologicznej. Nauka to eksperymenty, produkowanie faktów. Wiedza jako efekt jest małym procentem tego, co jest praktykami wiedzotwórczymi. To one są ważne. Fakt naukowy nie wisi na tekście, zawartym w nim dowodzie czy chwycie naukowym. Nauka to nie „wygrywanie flejmów”. Tym, co jest ważne to „mobilizowanie” świata, przetwarzanie go, a następnie „pakowanie świata” w artefakty, teksty, wykresy, wynalazki.

W tym momencie możemy wrócić do pozostałych postaci naszego dialogu: Tomasza Piątka, Hanny Gill-Piątek, a przede wszystkim, do Nameste. Wydaje się, że wszyscy oni, a szczególnie ten ostatni, stawiają się w pozycji obrońców (przedstawicieli?) ludu-demosu, przed unaukowioną, pozbawioną szans na reprezentację polityką (naukową i ekonomiczną). To, co ich przeraża to, ten istniejący, od czasów Hobbesa przynajmniej, złożony sojusz prawdy naukowej z jej siłą polityczną. Marcin Rotkiewicz może się skutecznie bronić przed zarzutem „bycia sługusem Monsanto”. Tak, gdy odczytujemy sprawę literalnie ma rację, nie jest na listach płac z adnej z firm, nie jest członkiem think-tanków. Histeryczny Tomasz Piątek, nie potrafiąc dobrze rozpoznać gdzie i jak należy skrytykować,  stworzył kiepski, szkodliwy dla spraw „demosu” paszkwil. Rotkiewicz wbrew Piątkowi nie jest w prosty sposób „sługusem złych korporacji”, jego pozycja jest szkodliwa z innego zupełnie powodu. On, podobnie jak Sokrates boi się wielości. Motłoch, tłum to dla niego zaprzeczenie prawdy. Z tego powodu ucieka w krainę Pewności, Prawdy i Nauki(1). Niestety wolnorynkowi ekonomiści legitymizujący neoliberalny porządek i korporacyjny ład, także robią to „w imię naukowej, jednej Prawdy”. Rotkiewicz jest szkodliwy, gdyż de-demokratyzuje debatę poprzez proste wprowadzanie „scjentystycznego” knebla (zewnętrznego odwołania).

Dzieje się tak, gdyż epistemologiczny poziom na którym toczą się spory o prawdę, pozwalają uciec od tłumu. Także Tomasz Piątek i Hanna Gill-Piątek, uznają scjentystyczny obraz nauki za prawdziwy, tyle tylko, że go krytykują. Niestety miłość do epistemologii widać także w sporach Barta z Nameste.

Tu tkwi źródło problemu. Jeżeli chcemy być demokratyczni, przysłużyć się nam samym, czyli „demos”, musimy porzucić Epistemologię. Spory o prawdę, to domena Nauki(1), nieprawdziwego tworu, który służy pewnej polityce. Nauka(1) to twór ideologiczny, bacik, którym bije się oponentów. Nauka(1) to wyidealizowany twór, który pod postacią naukowca widzi jedynie fizyka-teoretyka w stylu Sheldona Coopera z „The Big Bang Theory”. Nie ma tam miejsca dla brudzących sobie fartuchy chemików, produkujących kosmiczne toalety inżynierów czy biologów – hodowców bakterii. Nauka(1) to twór, którym straszy się złe dzieci, to nie ona „odkrywa”. To nie Nauka(1) daje nam lekarstwa, tramwaje, nowe buty do biegania. To wszytko to domena praktyki, nauki pojmowanej jako Nauka(2).

Nauka(2) pojmowana jako zespoły praktyk pozwala inaczej spojrzeć na problem. Gdy porzucimy spory teoriocentryczne i zwrócimy się w stronę Społecznych Studiów nad Nauka i Techniką (Science, Technology Studies), pozwoli to zupełnie inaczej rozpisać spór. Po pierwsze znikają dwie strony sporu: nauka vs irracjonalny lud. Mamy wiele różnorakich praktyk: nie ma jednej „nauki”, są laboratoria badawcze, firmy wdrażające, urzędy patentowe, agencje reklamowe, hinduscy rolnicy, etc. Wszystkie te elementy tworzą łańcuch, który warunkuje własne istnienie: bez kapitału nie ma badań, bez badań nie ma lepszej żywności, bez reklamy nie ma „rynkowego” napędu, bez patentów, nikt nie zaryzykuje finansowania, bez rolników nie ma komu sprzedać kukurydzy etc. Nauka(2) to szereg praktyk, z których tylko nieliczne podobne są snom o nieprawdziwej Nauce(1). Po re-definicji sporu z pozycji STS, nie ma co się bać tłumu i wielości, także Nauka(2) jest bowiem tłumem i wielością. Nie ma przeciwstawienia Nauki i Demokracji, jeżeli i „nauka” i „lud”, są elementem większej całości (będącej wielością, tłumem), to trzeba zakasać rękawów i demokratyzować całą zbiorowość. Wydaje się, że połączone we wzajemnym sporze, głosy Barta i Nameste, są krokiem w tym kierunku.

M. Rotkiewicz na razie do tłumu mówić nie umie, bojąc się go, nie potrafi w żaden sposób zrozumieć i zarządzać społecznymi lękami. Ludu nie interesują linki do baz danych, artykuły i wyliczenia. Co z tego, że bawełna zmodyfikowana genetycznie jest mniej szkodliwa. Lud się boi zmian, na przykład tego, że za ziarno będzie trzeba płacić, a kiedyś wystarczyło odłożyć do worka na następny rok.  Może starzy ludzie tracą swój autorytet, to nie oni(e), ale kolesie w kitlach są teraz „prawdziwymi rolnikami”. Może zajdą zmiany w podziale pracy, oraz w układach rodzinnych (w tym genderowych – wyobraźmy sobie, że wnioski „na ziarno”, wymagają piśmienności, a np. większość kobiet jest niepiśmienna).

Rotkiewicz ma rację na polu „czysto” naukowym. Ale to służy w debacie jedynie ucinaniu sporów. Co z tego, że ma on rację (w pewnych rejestrach wyabstrahowanej rzeczywistości). Lud interesuje się innymi problemami. Kto stał w 6 godzinnej kolejce do opryskliwego lekarza-buca, nie ma ani czasu, ani chęci zastanawiać się nad tym, że gdzieś tam w odmętach Pubmedu, są jakieś fajne linki do kliknięcia. Dla niego/niej, nauka to lekarz-buc, łapówka, którą musi dać i pigułka, którą bierze. Taki, sceptyczny nawet pacjent, wciąż ma jednak zaufanie do nauki, podlega jej urokowi (oraz przemocy), choćby wtedy gdy rozbiera się przed obcym kolesiem (szczególnie gdy jest pacjentką). Lud ma prawo do lęków i do do tego, że widzi cały łańcuch czynników jako naukę, a nie tylko tego wydestylowanego, „prawdziwego Szkota” czyli Naukę(1) z bajek scjentystów.

Gdy Sokrates-Rotkiewicz odwołuje się do kolejnych badań (poprawnych metodologicznie i sensownie popartych eksperymentalnie), dla Ludu jest jedynie gościem, który jest równie (nie)zrozumiały, co maszyna ze skeczu Monty Pythona: robi Ping.

Jego postawa, odwołująca się do Nauki(1) wydestylowanej z całego uwikłania w świat społeczny, ekonomiczny, uwarunkowań historycznych, może być śmiesznie outsiderska, jak było w przypadku Sokratesa, który  w pojedynkę chciał naprawiać Ateny. Może też być groźna, gdy sprzymierzy się (świadomie lub nie) z tymi, którzy tłamszą wielość i tłum w imię Prawdy. Tej prawdy, która przychodzi z zewnątrz. Tomasz Piątek i Hanna Gill – Piątek w swym anty-scjentyzmie również nie przysłużą się Ludowi. Podobnie jak M.R. nie uśmierzą oni społecznych lęków. Zamiast scjentystycznej Racji, Tomasz Piątek proponuje Siłę – wiarę w zdrową marchewkę, opylaną za 10 plnów warszawiakom przez jego kolegę. Wybór pomiędzy scjentystyczną Racją i irracjonalizmem nie chroni nasz przed terrorem Siły, ta przychodzi do nas w obu przypadkach. Tak, scjentyści jak i irracjonaliści, nie uzbroją nas w narzędzia do demokratyzacji nas samych (wraz z naszymi wynalazkami: Ekonomią, Nauką, Techniką). Ekologia polityczna proponowana przez B. Latoura, to radykalniejsza wersja dobrze znanej ekonomii politycznej,  wymagają one od nas tylko (aż?) jednego – sprzeciwu wobec reifikacji i alienacji.

Z tego powodu boję się zarówno mówiącego w imieniu Nauki(1) Rotkiewicza jak i wieszczącego histerycznie w imieniu Natury Piątka. Szukam z trudem sposobów pogodzenia nauki i demokracji, tego,  że jest nas wielu (ludzi i czynników pozaludzkich) oraz tego, że nauka zwiększa bardzo szybko tą wielość. Jak mówić, działać, żeby pogodzić sprzeczności w które obfituje rozrastającą się zbiorowość ludzi, rzeczy,artefaktów

/Andrzej „Fronesis”/

p.s. 1. Formę Gorgias a nie Gorgiasz, proponuje nowsze tłumaczenie Platona, taką też formę przyjęli polscy tłumacze książki Latoura.

p.s. 2. Notkę dobrze uzupełnią, dwa moje teksty: o lękach społecznych i nauce,(AWNowak_CzyjeLeki_CzK62012),  oraz  o neoluddyzmie Nowej Lewicy (http://www.praktykateoretyczna.pl/PT_nr7_2013_NOU/11.Nowak.pdf).

 
8 komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 29, 2013 w krytyka, naukowo, sceptycznie

 

Tagi: , , , , , , ,

Lęki i nauka

Kończy się semestr. Czas małych rozliczeń. Dobiegł końca  cykl wykładów „Lęki społeczne a nauka. Kontrowersje naukowo-społeczne we współczesnym świecie” (współorganizowany, przeze mnie razem z Moniką Bobako). Wykłady można odsłuchać tutaj, po zalogowaniu.

Cykl cieszył się sporą popularnością, dało się zauważyć, że część osób przychodziła na wybrane wykłady. Tak było na przykład, w przypadku wykładu Marcina Rotkiewicza o szczepieniach i GMO, gdy pojawiła się przedstawicielka „antyszczepionkowców”. Niestety z powodu nawały zajęć nie pisałem regularnych omówień, streszczeń i recenzji każdego z wykładów.  Częściowo wynika to z działań naszego Ministerstwa, które w żadnej mierze nie promuje, takiej dziwnej wolontariackiej działalności. Przecież, poza interesującymi dyskusjami, nie przyniosłoby to mitycznych punktów.

To, że wykłady były potrzebne i dotykały tematów „na czasie” było widoczne choćby w przypadku wykładu o medykalizacji ADHD, wygłoszonego przez Michała Wróblewskiego. Od jakiś kilku dni wielu moich znajomych przerzuca się linkami o tym jakoby ADHD zostało wymyślone. Polecam też wpis Michała na tym blogu i jego artykuł o ADHD.

Starając się jakoś uczynić zadość, proponuję zapoznanie się z moim tekstem, który stanowi ramę teoretyczną dla tego cyklu wykładów.

Tekst jest dostępny do ściągnięcia AWNowak_CzyjeLeki_CzK62012.

 
9 komentarzy

Opublikował/a w dniu Czerwiec 19, 2013 w naukowo, sceptycznie, Uncategorized

 

Tagi: , , , ,

USOS i śliskie płytki

Rozpocznę od cytatu z blogu Marcina Zaroda:

Mam wrażenie, że o przewadze technicznej Niemiec, USA lub Japonii decyduje przede wszystkim fakt, że tam się takie rzeczy bada naukowo i poważnie o nich dyskutuje. U nas dyskusje o kształceniu technicznym nigdy nie wychodzą poza ogólniki lub bieżące mody. Mało kto patrzy na to jak na proces historyczny. Mało która uczelnia prowadzi np. badania nad tym jaka laborka pasuje do danego przedmiotu lub o tym jak projekty studenckie ewoluują w czasie. Chcę być jednym z tych, którzy to zmienią.

Cytat pochodzi z wpisu omawiającego plany czytelnicze autora bloga na najbliższy czas. Większość pozycji pochodzi z serii wydawniczej „Inside Technology” (miałem skromny udział w jej poleceniu). Brak analiz dotyczących splatania się zagadnień technicznych, społecznych, politycznych oraz kulturowych to wciąż wielka „dziura” w polskim systemie kształcenia (zarówno na poziomie uniwersyteckim, jak i na wcześniejszych etapach edukacji).

Zacznę od anegdoty. W ubiegłym tygodniu miałem wątpliwą przyjemność spacerować zaśnieżonym Nowym Światem w Warszawie, jest on wyłożony „wielkomiejskimi” płytami chodnikowymi. Wszystko byłoby świetnie, są one gładkie, wyglądają nieźle, wrażenie psuje mały szczegół: pokryte śniegiem są bardzo śliskie. Pokryte warstwą błota pośniegowego zmuszają do bardzo ostrożnego stąpania. Lepiej wędrować byłoby chodzić po asfalcie obok, nie dość że jest lepiej odśnieżony (samochody i interesy kierowców wygrywają z interesami pieszych) to lepiej „zachowuje” się, gdy jest pokryty śniegową mazią. Przed kilkoma sklepami, gdy płyty chodnikowe były starannie odśnieżone, dało się chodzić znośnie. Mam drobne pytanie, czy ktoś zrobił jakiekolwiek badania dotyczącego tego, jak zachowują się płytki zimą? Czy uwzględniono nakład pracy jakiego wymaga utrzymanie tego typu nawierzchni w sensownym stanie? Jakie są tego koszty. Oraz jak śliskie płytki wpłyną na użytkowanie tej części miasta, na obroty sklepów, frekwencje na wydarzeniach kulturalnych, obecność studentów/ek na zajęciach? Zwykłe, staromodne płytki chodnikowe (takie z cementu z duże ilością piasku) mimo, że są brzydsze, często krzywe, dużo lepiej „zachowują” się po pokryciu ich śniegową breją. Wygrały pewnie względy estetyczno-prestiżowo-„wielkomiejskie”. Paniczna nieświadoma ucieczka od prowincji, kończy się nieuświadamianym prowincjonalizmem w myśleniu i projektowaniu.

14909_476136009088568_635630946_n (3)

Podobnym problemem są kładzione wszędzie płytki z pozbruku, nie wiem dlaczego, ale też „zachowują” się zimą one dużo gorzej niż zwykły cement czy asfalt. Może są zbyt mało chropowate, a może zbyt grube przez co inaczej reagują na zmiany temperatury i dłużej pozostają pokryte cienką warstwą lodu (jeśli ktoś wie coś na ten temat, proszę o komentarz). Co gorsza, z uporem maniaka płytki pozbrukowe, są w Polsce ulubionym materiałem do pokrywania nawierzchni ścieżek rowerowych. Dzieję się tak pomimo protestów samych zainteresowanych (na przykład tutaj).

Dość o płytkach. Rozumiem, że splot interesów politycznych, ekonomicznych, ignorancji decydentów uniemożliwia przepływ wiedzy pomiędzy użytkownikami a nimi. Co więcej rozumiem tradycjonalistyczny opór przez obszernymi badaniami, które brałyby pod uwagę społeczne, kulturowe „otoczenie” technologii, nawet tak banalnej jak płytki chodnikowe.

Gorzej, kiedy z taką samą ignorancją mamy do czynienia na uniwersytetach. Ślepota na konsekwencje i współkonstytuowanie się momentów technicznego, politycznego, społecznego, kulturowego jest powszechna.

Najlepszym przykładem jest wprowadzanie systemu USOS (Uniwersytecki System Obsługi Studiów). Przystępnie przedstawia to Krzysztof Abriszewski, który poświęcił USOSowi szereg wystąpień konferencyjnych i tekstów:

Maciej Frąckowiak: Dlaczego „zbiorowość”? Czy termin „społeczeństwo” już nam nie wystarcza, aby życie społeczne zrozumieć, opisywać i zmieniać?
Krzysztof Abriszewski: „Zbiorowość” można traktować jako upgrade pojęcia społeczeństwo. „Społeczeństwo” jest pojęciem, które funkcjonuje w pewnym typie nauk społecznych – świat ludzki redukowany jest tu do wzorów, przekonań, postaw czy innych zjawisk, które nie są traktowane jako zmaterializowane czy ucieleśnione. „Zbiorowość” zwraca uwagę, że ten okres mamy już za sobą i zaczynamy patrzeć na wspólny świat w szerszej optyce, biorąc pod uwagę nie tylko ludzi czy całości w rodzaju grup, kategorii czy klas społecznych, ale również to, co jest poza-ludzkie, a w świecie zbiorowym działa, jak przedmioty czy technologie. Konsekwencje tej zmiany widać lepiej, kiedy przyjrzymy się chociażby wprowadzeniu na polskie uniwersytety USOS-a, czyli elektronicznego systemu służącemu administrowaniu uczelnią, zarządzaniu zapisywaniem się na zajęcia, wystawianiem ocen oraz komunikacją między studentami, wykładowcami i administracją. Zwróć uwagę, że o USOSie myślimy najczęściej jako o typie bazy danych, czy oprogramowania, które jest narzędziem mającym usprawnić funkcjonowanie określonej struktury administracyjnej, biurokratycznej. Mamy tu więc klasyczny podział: struktura biurokratyczna, która nas interesuje i narzędzie, które nas nie interesuje, bo jest narzędziem. W ramach tradycyjnego sposobu myślenia powiemy, że biurokracja jest sztywna, albo elastyczna, że jest odpowiednio przygotowana do przyjęcia nowego oprogramowania lub nie. Drugi sposób myślenia postrzegałby USOS nie jako całość, ale jako szereg elementów, które wplatamy w sieci, które już istniały. Zaczynamy wtedy zwracać uwagę, że ten zbiorowy świat jest inaczej przekształcany. Wprowadzanie do biurokracji USOS-a wymaga wcześniejszego stworzenia infrastruktury technicznej. Jest to trywialne, ale podciągnięcie kabli czy zamontowanie oprogramowania wymusza również choćby stworzenie kogoś, kogo nazywam agentami USOS-a, czyli lokalnych specjalistów, którzy na różnych poziomach uniwersytetu będą ten system obsługiwać. W efekcie, zmiana polega nie tylko na tym, że w obrębie starej biurokracji pojawia się nowe narzędzie, ale na przekształceniach struktury komunikacyjnej całej instytucji. Dla przykładu, sprawę, którą kiedyś trzeba było załatwić poprzez pionowy obieg dokumentów: z poziomu instytutu, poprzez władze wydziału, dalej do rektora i z powrotem, teraz można załatwić inaczej: bezpośrednim telefonem do agenta USOS-a, który poprzez połączenie z centrum USOS-a ową sprawę załatwia w zupełnie innym trybie, z pominięciem powyższych szczebli. Inny przykład: zanim wprowadzono USOS jako wykładowca mogłem stawiać inne wymagania wobec osób, które wybierały odmienną formę zaliczenia: kto chciał wpisać przedmiot jako zaliczenie z oceną, ten musiał przeczytać kilka książek, komu zależało na zaliczeniu bez oceny, temu wystarczyła obecność na wykładach. W połowie semestru pojawił się jednak USOS, który wymógł ujednolicenie sposobu oceniania. Wszystkie ustalenia pomiędzy mną a studentami spaliły więc na panewce, w efekcie czego jedni na tę samą ocenę zapracowali więcej niż drudzy.

Nie rozpisując się zanadto dołożę kilka obserwacji z trwającej właśnie sesji i implementacji systemu USOS na mojej uczelni. Chciałbym zwrócić szczególną uwagę na nieuwzględnione relacje władzy jakie wprowadzenie systemu generuje oraz na pracę która musi zostać wykonana aby ten system działał (warto pamiętać, że to praca, która nie jest dodatkowo wynagradzana). USOS działa w logice modernistycznej i technokratycznej, to znaczy, że koszty jego działania są eksternalizowane na innych i nieuwzględniane.

Poniżej przedstawię kilka luźnych obsewracji, mam nadzieję, że komentatorzy je uzupełnią:

1. USOS wprowadza nowe relacje władzy i zmienia łańcuchy podejmowania decyzji. Okazuje się, że kluczowymi dla funkcjonowania systemu są wspomniani przez K. Abriszewskiego „agenci USOS”. Na moim wydziale oznacza, to tyle, że wszystkie decyzje administracyjne „przechodzą” w sumie przez jedną osobę (zwaną przez studentów/tki „USOSmanem”).

2. USOS zmienia zasady oceniania, przykładowo, w tej sesji po raz pierwszy studenci/tki będą mogli mieć „powtórki” z zaliczeń. Dlaczego? Gdyż taka możliwość była w USOSie i kadra musi się dostosować. Próbując zachować resztki władzy „ludzkiej” zadecydowano, że „poprawka” taka jest możliwa po uzyskaniu zgody dyrektora dydaktycznego danego instytutu. Nie oszukujmy się jednak, podejrzewam, że w praktyce także ten ostatni szaniec humanizmu wkrótce runie.

3. USOS w złożony sposób renegocjuje stosunki władzy pomiędzy studentami/tkami a kadrą. Czasami bywa to na korzyść studentów/tek, czasami działa to na korzyść kadry. Przykładowo brak indeksów papierowych powoduje, że studenci/tki nie mają żadnych możliwości zweryfikowania otrzymanej oceny. Podczas wpisywania egzaminów próbując ratować resztki relacji zaufania, po wpisaniu oceny i jej „zapisaniu” (save) odwracam laptop pokazując wpisaną ocenę. Cóż z tego, jeżeli w razie mej złej woli, mógłbym taką ocenę później wyedytować.

4. Innym przykładem jest „automatyczne” wyznaczanie terminów egzaminu (i rejestracja). „Automatyczne” umieszczenie egzaminu USOS wymaga od mnie albo fizycznego (albo emailowego) kontaktu z przynajmniej dwoma osobami (agent USOS i osoba z administracji, która przydziela sale). Ponadto, rejestracja na egzaminy zmienia sens „wyboru”. Dotychczas traktowałem bardzo poważnie prawo studentów/tek do tego, że są wolni w wyborze terminu egzaminu (z dwóch podanych). Nie robiłem list wstępnych, znosiłem takie sytuacje, że na jeden z terminów przychodziło kilka osób a na drugi większa część danej grupy. Rejestracja elektroniczna może wpłynąć na „wolność” takiego wyboru.

5. Zastanawia mnie to, że nikt nie przedyskutował ze mną kosztów wprowadzenie tego systemu. Oceny często uzupełniam w domu, nie wiem dlaczego założono, że mam w nim dostęp do internetu. Owszem mam, ale opłacam go z prywatnych środków, nie wiem dlaczego mam używać go do administracyjnej pracy uniwersyteckiej. Ponadto na samej uczelni korzystam z prywatnego laptopa (z wifi) do administrowania USOSem. Egzaminy i wpisy odbywam w różnych salach, często poza własnym gabinetem, bez własnego netbooka, musiałbym oceny wpisywać do notesów, zeszytów i przepisywać je do systemu. Ponadto pokój służbowy współdzielę z kilkoma innymi osobami, przypada na nas jeden komputer z internetem. Ciekawe jak mamy uniknąć „korków” podczas sesji. Znam pokoje, nieliczne co prawda, w których wykładowcy nie mają wcale dostępu do komputera z internetem.

6. Płynnie przejść możemy do kolejnego problemu – infrastruktury. Założyłem w poprzednim punkcie, że wifi na uczelni działa sprawnie (edurom).  Cóż jednak stanie się z sesją w razie awarii ogólnouczelnianej sieci bezprzewodowej? Wrócimy do karteluszek, notesów i wprowadzania wieczorami ocen w domu? Czy oprócz netbooka powinienem nosić ze sobą modem GSM i oczywiście sam opłacić koszty połączeń.

7. Kulturowy status indeksu papierowego został zlekceważony zupełnie przez reformatorów. Pomijam jego status jako dokumentu, który mógł służyć za jeden z dodaktowych sposobów weryfikacji wpisanych ocen. Indeks miał tą zaletę, że pomagał konstruować tożsamość studenta/tki. Dawał wgląd w wybrane przedmioty, pokazywał historię edukacyjną. Rezygnacja na rzecz zewnętrznego systemu USOS może przyczyniać się do czegoś co w kontekście późnokapitalistycznych stosunków pracy Sennett nazywał „korozją charakteru„. Indeks był pewną stałą, wobec której można było tworzyć mikro narrację tożsamościową. Jego brak może utrudniać utożsamianie się z procesem edukacji, utrudniać wytworzenie poczucia ciągłości. Indeksy były wplecione w pewien zespól rytuałów społecznych, które zostaną zniszczone. Pewnie nie były one na dzisiejszych uczelniach ogniskiem takich rytuałów jak dawniej, ale wciąż nikt nie zapytał o kulturowe oraz psychologiczne, tożsamościowe koszty ich utraty. Warto tu przez analogię pomyśleć o tym co kulturowo zniknęło z polskiej kultury (szczególnie prowincjonalnej) wraz z kresem obowiązkowego poboru do wojska. Nie oznacza to automatycznie chęci powrotu do pewnych rytuałów, na przykład słynnej „fali”. Oddajmy głos Michałowi Witkowskiemu:

Ileż scen filmowych (chociażby z Kondratiuka) stanie się niezrozumiałych  dla przyszłych pokoleń? Co dla nich będzie znaczyła fraza „kumpel z woja”?  Ogląda sobie taki rocznik dwutysięczny czy roczniczka dziewięćdziesiąta „Czy  jest tu panna na wydaniu?” Kondratiuka i nagle (a jakże!)  w pociągu spotyka się dwóch kumpli z wojska. Co oni z tego  zrozumieją? Albo naznaczoną operową koturnowością tragedię dziewczyny, której  chłopaka biorą do wojska, a co za tym idzie, cały repertuar gestów, np.  pokazywanie koleżankom zdjęcia chłopaka, który jest w wojsku, chodzenie  z kompotem pod koszary, gdy jest przepustka… Nic nie zrozumieją. Jeśli  nigdy nie było się kotem, nie zgłaszało „na ochotnika”, jeśli się nie tańczyło  na pokazie mody… Jeśli się nie jadło najgorszej rzeczy świata, czyli „chleba  z puszki”.

8. (edit) Jeszcze jeden drobiazg, sprawdzanie tożsamości studenta/tki. Kiedyś służył do tego indeks, dziś powinniśmy legitymować egzaminowanych. Z punktu widzenia wykonanej pracy USOS jej nie zmniejszył.

Czy doczekamy choćby się felietonu zatytułowanego „Ostatni indeks”?

indeks

Mógłbym wymieniać jeszcze inne, mniej lub bardziej oczywiste konsekwencje wprowadzania systemu USOS. Jeżeli podczas trwania sesji natknę się na jakieś szczególnie frapujące, dopiszę je do tej notki.

Celem notki nie jest neoluddystyczny, technofobiczny sprzeciw wobec USOSa. Pewne aspekty jego funkcjonowania, moim zdaniem, przyczyniają się do „polepszenia” procesu studiowania. Ciekawe są też niektóre aspekty renegocjacji pozycji władzy pomiędzy studentami/tkami a kadrą. Przeraża mnie kompletny brak demokratyczności jaki cechował proces wprowadzania tego systemu. Brak negocjacji w przypadku socjalizacji danej technologii powoduje, że skazani jesteśmy na ślepy przymus. Brnąć musimy po śliskich płytkach USOSa, bo nikt nigdy nie zapytał, o to, jak będzie się on zachowywał podczas „opadów śniegu”.

Na koniec śniąc o demokratyzacji nauki i techniki, także w ramach demokratyzowania uniwersytetów i procesów wytwarzania na nich wiedzy oddam głos ponownie Krzysztofowi Abriszewskiemu:

MF: Co zrobić, żeby tego uniknąć? Zapewnić rzeczom, które urastają w tej perspektywie do roli najbardziej marginalizowanego aktora społecznego, rzecznictwo; rozciągnąć demokrację na rzeczy? Brzmi ponętnie, ale jak by to wyglądało w praktyce: wyobrażasz sobie konsultacje społeczne, czy raczej „zbiorowe”, z udziałem technologii?
KA: Zacznijmy od wersji idealnej – demokratyzujemy zmianę techniczną, czyli przed jej wprowadzeniem organizujemy dyskusję. Oczywiście zawsze jest tak, że cały szereg różnych zmian jest trudno przewidywalny, czyli nie do końca wiemy, co wprowadzenie USOS-a spowoduje. Teoretycznie jednak zawsze jest taka możliwość, żeby zatrudnić fachowców, którzy się zajmą badaniem USOS-a, i przejdą, na przykład, z teorii mediów, próbując aplikować swoją wiedzę do tego, co USOS może spowodować. Potem gromadzimy tych różnych ekspertów razem i dyskutujemy na temat tego, co dany element w naszym zbiorowym świecie może zrobić, a następnie decydujemy czy go wprowadzić, czy nie. Wersja druga to wersja etnograficzna, realizowana w sytuacji, w której zmiana już się odbywa, a my jedynie możemy ją obserwować. Tradycyjnie badalibyśmy ludzi: zmiany i wytwarzanie się nowych grup, zmiany kanałów komunikacji, przyzwyczajeń i tym podobne. Natomiast kiedy zaczynamy USOS-a badać w trybie etnograficznym, w bliskim mi duchu studiów nad nauką i technologią, to nie jest tak, że porzucamy te pytania, ale się do nich nie ograniczamy. Jeżeli konieczne okaże się wejście do USOS-a na poziom techniczny i zaobserwowanie, w jaki sposób konkretne rozwiązania materialne powodują zmiany w owych sposobach grupowania się ludzi, to trzeba to zrobić. Różnica pomiędzy tymi perspektywami polega więc na tym, że myślenie tradycyjne traktuje technologię jako zmienną niezależną, którą się nie interesujemy bo jest sztywna, gdy tymczasem w perspektywie etnograficznej to, co techniczne czy materialne, jest tak samo elastyczne, jak to, co społeczne. Co istotne, dzięki zanurzeniu się w te zmiany techniczne i przekształcenia, które się przy ich udziale dokonują, możemy przewidzieć jakiego rodzaju problemy pojawią się przy wprowadzeniu kolejnych wersji USOS-a, albo innego, podobnego oprogramowania.
MF: Skutek procedur, o których mówisz byłby też taki, że ich wprowadzenie dramatycznie spowolniłoby jakąkolwiek zmianę w świecie zbiorowym.
KA: Nie sposób po prostu zapomnieć o potrzebie włączania rzeczy w konsultacje, ponieważ za chwilę będziemy musieli sobie radzić z anomaliami, które dziś są dla nas nieprzewidywalne. Jedynym sensownym sposobem byłoby zatem wprowadzenie procedur, o których mowa wyżej na skalę globalną. Krótko mówiąc, wyhamowujemy tempo zmian, ale wszyscy naraz, bo w momencie kiedy wyhamujemy my, a ktoś inny nie, to pojawia się rozziew w walce o zasoby

a024a132798836d65e01d26ed1e62d43_original

Andrzej „Fronesis”

 
53 komentarze

Opublikował/a w dniu Styczeń 29, 2013 w badania w toku, krytyka

 

Tagi: , , , , ,

Jak nie pisać o nauce i filozofii nauki

Dzięki uprzejmości znajomej, w moich rękach znalazł się podręcznik do nauczania filozofii na poziomie szkoły średniej. Dzieło to wydało wydawnictwo Operon, autorami są Magdalena Gajewska i Krzysztof Sobczak. Filozofii jest w szkołach mało, przegrywa ona nierówną walkę z religią. Co więcej w ramach edukacji filozoficznej, nauczania filozofii nauki jest pewnie proporcjonalnie jeszcze mniej. Dlatego chcę się przyjrzeć w jaki sposób jedyny dopuszczony w podstawie programowej podręcznik wyrządza szkodę tak filozofii jak i nauce.

Ale za nim o podręczniku, odrobinę o moim skomplikowanym stosunku do filozofii nauki,  jest on delikatnie rzecz ujmując krytyczny.

Moje dość negatywne stanowisko, uwarunkowane jest przez polskie środowisko filozofów nauki.  Dlaczego? Już śpieszę z małym katalogiem moich obserwacji i uprzedzeń. Mam nadzieję, że czytelnicy bloga wybaczą mi brak nazwisk, ale jako wciąż działający w polu akademickim (na niskim dość szczeblu), wolałbym w tym polu pozostać.

Oto kilka grzechów filozofów nauki (filozofek jest dość mało, pozostanę przy zwyczajowej formie męskiej). Z małymi wyjątkami, filozofowie nauki przez naukę domyślnie  rozumieją fizykę teoretyczną. Filozofów nauki interesujących się chemią jest prawdopodobnie tylko  dwoje, filozofów biologii jest odrobinę więcej (w tym jeden kreacjonista), filozofów matematyki też znajdzie się kilku. Gdy jednak zapytamy o filozofów biologii, którzy zajmują się czymś innym niż teorią ewolucji, to może być krucho. Pytanie retoryczne: ile znacie prac z filozofii nauki (w Polsce) poświęconych taksonomii, zoologii i innym „przyziemnym” dziedzinom biologii. Gdy zaczniemy spoglądać na takie dziedziny nauki jak geologia, geografia, medycyna stosowana, technologia chemiczna, gleboznawstwo, farmacja etc. to szeregi filozofów nauki w zastanawiający sposób topnieją.

Kolejnym problemem, jest uzależnienie filozofii nauki w Polsce, od zaściankowej tradycji jaką jest anglosaska filozofia analityczna. Problemy naukowe są traktowane jako językowe i do nich się ostatecznie sprowadzają. W tym miejscu możemy przejść do kolejnego „grzechu”, jakim jest teorio-centryzm. Dla filozofów nauki, ta ostatnia to przede wszystkim, teoria naukowa. Najlepiej, gdy jest ona do tego sformułowana możliwie formalnie, wtedy scholastyczny umysł filozofa może czuć się „u siebie w domu”. Nie dziwi zatem żenująca bezradność filozofów nauki i wynikająca stąd ich nieobecność, w „krainie” geologii, zoologii, gleboznawstwa, wszelkich naukach inżynieryjnych etc. Przecież, że zajmować się filozoficzną refleksją nad wymienionymi dziedzinami nauki, trzeba zrozumieć czym są wyjaśnienia wizualne w procesie naukowym, co więcej trzeba pojąć, że nauka to także bieganie po lesie w gumowcach z siatkami i zbieranie kleszczy. Teorio-centryzm to lęk przed nauka traktowaną jako praktyka. To lęk przed nauką, która nie da się zamknąć w łatwiej do strawienia przez scholastyczny rozum postaci. W tym miejscu przejdę do ostatniego zarzutu, filozofia nauki jest zupełnie bezużyteczna jako narzędzie w sporach naukowo-społecznych. Potrzebując pomocy w argumentacji z przedstawicielem ruchu antyszczepionkowego, czego  mogę oczekiwać od osób, które zatrzymały się na Popperze i Kuhnie (te najodważniejsze wspominają o Feyerabendzie). Smutne jest to, że unikające badania sporów, kontrowersji naukowo-społecznych środowisko filozofów nauki, samo nie jest wolne od dość określonych postaw politycznych. Dość dosadnie określił to jeden z moich znajomych profesorów: „sojusz krzyża z kwantyfikatorem”, ja dodałbym tu korektę, mamy jeszcze drugi, symetryczny sojusz „paleoateizmu” i „paleoracjonalizmu” z kwantyfikatorem.

Myślę, że dość już moich wynurzeń i obnażania resentymentu, przejdźmy do podręcznika.

Pierwsze i drugie zdanie w rozdziale poświęconym filozofii nauki,  brzmią:

Filozofia nauki jest działem filozofii zajmującym się analizą X, podobnie jak inne filozofie interesują się Y i Z. Zajmuje się ona poznawaniem rzeczywistości danego X, którym są podstawy nauki, jej język i rozwój.

Prawda, że wspaniałe to zdanie? Licealista/tka od razu czuje, jaką wspaniałą przygodą będzie dla niego filozofia nauki. Co ciekawe, już w drugim zdaniu, udaje się przemycić, analityczny przesąd wedle którego nauka to „język nauki” (a o czym w dalszej części rozdziału nie będzie ani słowa). Idźmy dalej.

Stara się odpowiedzieć na pytania: czym jest metoda naukowa, czym nauka różni się od wiedzy, którą zdobywamy na co dzień, jak powinniśmy interpretować informację od naukowców o tym, że odkryli ukrytą niewidzialną strukturę, (…)

Świetnie, przeciwstawienie codzienności i wiedzy o niej nauce. Takie pojmowanie nauki to strzał w stopę. Dlaczego nauka i wiedza „którą zdobywamy na co dzień” są rozdzielane? To najlepszy sposób żeby powielać mity, które z jednej strony wzmacniają obraz naukowców jako wyalienowanych technokratów, z drugiej upowszechniają wizję naukowców jako szalonych magów. Rozróżnienie tym bardziej szkodliwe, że dziś nauka przenika naszą codzienność jak nigdy wcześniej. Nie jesteśmy w stanie rozwiązać podstawowych problemów naszego życia codziennego bez udziału nauki (zaczynając od bólu głowy a kończąc na nowym obuwiu biegowym).

Bardziej kuriozalne jest stwierdzenie o „niewidzialnej strukturze”. Cóż ono znaczy? Mistycyzm zawarty w tym stwierdzeniu sugeruje taką wizję nauki, której blisko do religii. Taka wizja pewnie pokutuje w tych wszystkich bezcelowych dyskusjach pomiędzy zwolennikami ewolucjonizmu jako sposobu objaśniania, a tymi, którzy w ramach konserwatywno-religijnej kontrrewolucji obnoszą się ze sztandarem inteligentnego designu. To tylko w takim sporze, Ci od ID, mogą twierdzić, że nie wierzą w niewidzialną strukturę proponowaną przez ewolucjonizm. Biolog-praktyk, nie odkrywa żadnych mistycznych niewidzialnych struktur, on hoduje bakterie, bada kapibary, wykopuje kości (gdy jest paleontologiem).

Dalej podręcznik referuje, dość nieudolnie, poglądy Carnapa, przy okazji stwierdzając, że faszyzm spowodował, że „siłą rzeczy niemieckojęzyczni filozofie nauki wejdą w krąg filozofii anglosaskiej …” (błąd w oryginale).

Autorzy już na wstępie rozdziału  odżegnali się od socjologii wiedzy, ale w życiu jak w psychoanalizie, wyparte wraca ze zdwojoną siłą, oto co mają oni do powiedzenia o Popperze:

Popper był nie tylko filozofem nauki, ale także nauczycielem fizyki i działaczem lewicowym, zaangażowanym w ruch socjaldemokratyczny. Rozstał się jednak z komunizmem, kiedy stał się świadkiem prowokacji  zorganizowanej przez komunistów, w efekcie której śmierć ponieśli niewinni ludzie.

Znajoma nauczycielka, od której pożyczyłem książkę skomentowała to zdanie na marginesie „WTF?”. Chyba już nic sam więcej nie dodam. Choć z drugiej strony, może czegoś ciekawego się o Popperze dowiedzieliście. Po pobieżnym i dość niejasnym omówieniu poglądów Poppera, autorzy przeskakują do Kuhna i dość zdawkowo omawiają koncept rewolucji naukowych. Tym też kończą swą wycieczkę w krainę filozofii nauki.

Uczeń/uczennica nie dowiedzą się nic z tego rozdzialiku, o problemach uzasadniania wiedzy naukowej, o indukcji, dedukcji. Nie dowiedzą się nic o konstytucji faktu naukowego, nie będą wiedzieć nic o współczesnych sporach w naukach laboratoryjnych. Oczywiście nic nie dowiedzą się o praktyce naukowej i problemach związanych z praktyki tej badaniem.

To co, mnie zabolało szczególnie silnie, to anglosaski prowincjonalizm autorów (Koło Wiedeńskie, ze względu na recepcję, traktuję jako część anglosaskiego zaścianka), nie wspomniano żadnego badacza polskiego: czy to przedstawiciela Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, czy to opozycyjnego do tej tradycji Ludwika Flecka.

A przecież wystarczyłoby streścić z jednej strony Ajdukiewicza, z drugiej strony zrekonstruować poglądy Flecka i dzięki temu wyposażyć uczniów w zasób wiedzy, który byłby bardziej adekwatny niż anglosaskie starocie.

Pomijam, już to, że odważniejsi autorzy mogliby również omówić wybrane zagadnienia z socjologii wiedzy, socjologii nauki i zagadnienia z zakresu społecznych studiów nad nauką i techniką (choćby omówić książkę „Golem, czyli co trzeba wiedzieć o nauce” Harrego Collinsa i  Trevora Pincha, mimo, iż nie wiadomo dlaczego, polskie wydanie tej książki pozbawione zostało przypisów).

Kończąc tą krótką recenzję-donos, nie zdziwi mnie gdy wyedukowani na wspomnianym podręczniku uczniowie zasilą szeregi antyszczepionkowców i kreacjonistów. Filozofia nauki to przecież to czym się zajmują martwi Austriacy, którzy „siłą rzeczy” zrobili karierę jako filozofowie anglosascy. Nauka to odkrywanie niewidzialnej struktury, co więcej jest to działalność, która stoi w sprzeczności z wiedzą „na co dzień”.

Na początku notki znęcałem się nad filozofią nauki. Jestem silnie przekonany, że nauczanie filozofii nauki bez nauczania socjologii wiedzy i nauczanie z zakresu społecznych studiów nad nauka i techniką jest szkodliwe. Tyle tylko, że to dotyczy nauczania na poziomie uniwersyteckim. Jak widać po wspomnianym podręczniku nauka w liceum po prostu krzywdzi uczniów. Uczniowie i uczennice więcej dowiedzieliby się o funkcjonowaniu nauki z blogów naukowych, takich choćby jak blog Sporothrix czy Nic Prostszego. Tylko jak przekonać Ministerstwo do uznania blogów za podstawę programową.

 
18 komentarzy

Opublikował/a w dniu Grudzień 19, 2012 w krytyka, Recenzje

 

Tagi: , ,

Argument z boja (uwagi pokonferencyjne)

Wyobraź sobie

Wyobraźmy sobie następujące zdarzenie: rozmawiają dwaj lekarze. Pierwszy niech będzie Ortopedą, drugi Epidemiologiem a zarazem specjalistą od chorób skóry. Niech rozmowa odbywa się na seminarium naukowym, na konferencji, czy w czasie innego oficjalnego spotkania. Epidemiolog przedstawia wyniki kilku badań empirycznych i mówi, że choroba X, która wywołuje epidemie i przejawia się takimi a takimi zmianami skórnymi oraz szeregiem innych symptomów nie jest wynikiem rzucaniem uroków, czy złym spojrzeniem, jak mówiły przekazy ludowe, a powoduje ją herpeswirus. Źródłem zakażenia, pokazują badania, są inni ludzie, zakażenie następuje drogą kropelkową, okres wylęgania trwa tyle i tyle, zaś czas zaraźliwości tyle i tyle.

Normalne sprawozdanie z badań.

Teraz, wyobraźmy sobie, że wstaje Ortopeda i mówi tak: bo ja broniłbym wersji z urokiem.

„Czy masz na to jakieś badania? I czy masz jakieś badania, które wykazują nieważność przywoływanych przeze mnie wyników?” – pyta Epidemiolog

„Tak” – odpowiada Ortopeda – „niejaki John Smith z Ameryki zrobił badania, polegały one na tym, że pytał chorych i oni odpowiadali mu, że skoro mają takie krosty, strupy i pęcherze na skórze w dużej ilości, to znaczy, że ktoś musiał rzucić na nich urok, a przynajmniej spojrzał złym okiem”.

Sytuacja taka jest niewyobrażalna, prawda? Rozmawia dwóch naukowców, jeden przedstawia wyniki empirycznych  badań pewnego zjawiska, a drugi, który nie jest specjalistą w tej dziedzinie, oponuje powołując się na badanie opinii chorych na temat przyczyn choroby i z tego wysnuwa wniosek o rzeczywistych przyczynach choroby. Zachowanie w kontekście nauki tak nieracjonalne, że niewyobrażalne.

Kontekst

W ostatnim czasie, ja i Michał współorganizowaliśmy w Toruniu konferencję „Etyka w badaniach naukowych” (Andrzej/Fronesis z kolei zgłosił wystąpienie). Jeden z najciekawszych referatów wygłosiły Ola Derra i Ewa Bińczyk (abstrakty), nasze instytutowe koleżanki. Powyższa opowieść jest wstępem do dyskusji po ich referacie i odnosi się do jednego z poruszanych w nim wątków.

Niewyobrażalne, a prawdziwe

Poruszany wątek dotyczył obrazu nauki stworzonego przez amerykańskiego socjologa Roberta Mertona. Wskazał on na takie cztery jej cechy: 1. wspólnotowość (communality), 2. uniwersalism, 3. bezinteresowność, 4. zorganizowany sceptycyzm. Ola i Ewa postawiły po prostu tezę, że etos nauki oparty na modelu Mertona jest życzeniowy raczej niż faktyczny, ponieważ nie odpowiada prawdzie. Skąd takie przekonanie? Tutaj przywołały wyniki rozmaitych badań, w tym takich, które usiłowały ustalić normy, jakimi faktycznie kierują się naukowcy w pracy. Jednocześnie wskazały na słabość metodologii Mertona (wielokrotnie wytykaną): nie badał on rzeczywistych działań naukowców, a jedynie zapytał ich o to jakimi normami się kierują w pracy. Różnica między deklaracjami a faktycznymi działaniami jest powszechnie w naukach społecznych (i nie tylko w nich) znana. Badania, na które powoływały się Ola i Ewa są znacznie nowsze niż Mertona, część z nich też zakrojona na znacznie szerszą skalę.

Dzięki uprzejmości referentek wklejam poniżej wykorzystane w prezentacji cytaty oraz odniesienia bibliograficzne:

  • Sergio Sismondo: „wymieniane przez Mertona normy są życzeniowymi zaleceniami moralnymi”  (s. 27).

Sismondo, Sergio. 2010. An Introduction to Science and Technology Studies. Malden, MA, Oxford: Wiley-Blackwell, wyd. drugie.

  • Steven Fuller: „postać Mertonowskiej teorii nauki to efekt podjętych przez tego badacza decyzji metodologicznych” (s. 15).

Fuller, Steve. 2006. The Philosophy of Science and Technology Studies. New York, London: Routledge, Taylor&Francis Group.

  • Ian I. Mitroff: „naukowcy w równym stopniu hołdują zasadom zawodowym przeciwnym do norm wskazanych przez Mertona. Są to następujące przeciw-normy: 1) odosobnienia (ang. solitariness),
    2) partykularyzmu, 3) interesowności i 4) zorganizowanego dogmatyzmu
    „.

Mitroff, Ian I. 1974. The Subjective Side of Science. New York: Elsevier.

  • Michael Mulkay: „normy Mertona stanowią rekonstrukcję propagandowego autoobrazu tej grupy społecznej„.

Mulkay, Michael. 1976. Norms and Ideology in Science. „Social Science Information”, 15: 637-656.

  • Ola, Ewa: „Robert Merton w późniejszych tekstach podkreśla rolę ambiwalencji co do norm, która charakteryzować może społeczną rolę uczonych„.

Zob.: Merton, Robert. 1976. The Ambivalence of Scientists: A Postscript. W: tenże. Sociological Ambivalence and Other Essays. New York: Free Press, 56-64.

 

Po referacie odzywa się głos z sali: „bo ja bym bronił(a) Mertona”.

W jaki sposób? Badania wskazują na co innego niż początkowo mówi Merton (nawet sam zmienia swoje stanowisko). Są one nowsze (czyli odnoszą się do wyników Mertona) i jest ich więcej. Dokonują też rozróżnienia, które zniknęło Mertonowi: oddzielają rzeczywistość od opinii na temat rzeczywistości. Na jakich więc podstawach można bronić Mertona? Bo ktoś ma na to ochotę? Bo ktoś chce zignorować wyniki badań empirycznych z dziedziny (studia nad nauką), o której nie ma pojęcia? Bo Merton jest fajny koleś? Bo ktoś kiedyś (w doktoracie, w jakimś zamierzchłym artykule) pisał o Mertonie, a w obliczu nowych danych tekst ten stałby się nic nie wartym śmieciem? Bo ktoś tłucze Mertona do głowy studentom, ponieważ nie zna nowszej literatury? Bo ktoś, śladem Mertona, nie odróżnia rzeczywistości (działań naukowców) od opinii na temat rzeczywistości (opinii naukowców na temat norm, jakim hołdują)?

Jeśli czytający zechcą zerknąć na zalinkowaną stronę konferencji, to znajdą tam instytucje organizujące. Z tego krótkiego, a poważnego zestawu, można wysnuć słuszny wniosek, że w dyskusji biorą udział badacze uznani, szanowani, zajmujący miejsca w instytucjach z górnej półki. Nie mówimy więc o aberracji niedouczonych, a o systematycznej, zorganizowanej i okopanej nieracjonalności ukrytej w samym naukowym sercu (jeśli ktoś nadal ma ochotę mówić o naukowości humanistyki). Rzecz niewyobrażalna w przypadku medycyny, staje się normalną praktyką w przypadku championów humanistyki.

Ludwik Fleck sytuację taką opisywał jako jeden z mechanizmów obrony starego stylu myślowego przed nowym: po prostu nie przyjmujemy do wiadomości nowych danych, więc nie są one dla nas zagrożeniem. Starych przekonań bronimy z mocą piastowanego urzędu, sprawowanej funkcji, siły wieku, donośności głosu, czy co tam jeszcze mamy w ekwipunku postaci.

I na deser…

Po tym wszystkim zdarzyło mi się brać udział w surrealistycznej (w tym kontekście) rozmowie na temat habilitacji. Szło to tak: habilitację należy robić poza miejscem pracy (poza miejscem doktoryzowania się), aby się sprawdzić i wystawić na obiektywną ocenę. No cóż, jeśli ta obiektywność działa tak, jak w powyższej dyskusji, a obiektywni badacze są równie racjonalni, co w tym przypadku, to good luck! Obiektywne argumenty, obiektywne dane, obiektywne wyniki i obiektywne oceny.

Jeśli w tej sytuacji mogę wybierać między mitologicznym (filozoficznym?) spojrzeniem na racjonalność instytucji naukowych a perspektywą socjologiczną, to wybieram tę drugą. Pierwsza nie zauważy irracjonalnej aberracji opisanej powyżej sytuacji i mocą przyjętej uprzednio aksjologii nakaże wygłaszać przekonania na temat obiektywizacji oceniania czyjegoś dorobku. Druga wyjaśni mi irracjonalną dyskusję z konferencji (vide Fleck) i nadto pozwoli postawić pytanie o mechanizmy obiektywizowania. Na przykład w ten sposób (tropem Bergera i Luckmanna): czy obiektywizm przekonań wywodzi się z ich zawartości, czy też są one obiektywizowane w kontekście instytucji, struktury wpływów i społecznie podzielanego zasobu wiedzy? Albo inaczej: czy instytucje naukowe są pustą skorupą, którą zasiedliły obiektywne treści nauki (i oceny – bo przecież o nie też chodzi)? Czy też to właśnie jakieś mechanizmy instytucjonalne obiektywizują krążące w nich treści? I idąc dalej: czy zatem powinniśmy poszukiwać dwunastu naukowo obiektywnych ludzi, by poddać się obiektywnej ocenie, czy też powinniśmy wykazać się roztropnością (fronesis) i rozpoznać lokalne instytucjonalne mechanizmy funkcjonowania wiedzy i zawierzyć takiemu rozpoznaniu?

Kto nas nabiera – mitomani, czy socjologowie?

Poza tym, szczerze, w obliczu epidemii komu zawierzycie Epidemiologowi, czy Ortopedzie? Zaś w przypadku rzucenia swoich losów na szalę habilitacji: teorii socjologicznej, czy filozoficznemu mitowi obiektywności?

Krzysztof

 
8 komentarzy

Opublikował/a w dniu Listopad 16, 2012 w sceptycznie

 

Tagi: ,

Młodzi naukowcy wspierają prezesów

Kryzys się rozkręca na dobre. Nie jest już tak łatwo jak kiedyś uzyskiwać godziwe, kapitalistyczne zyski. Trzeba ciąć koszta. Prezesi, kolejne wcielenie Audytorów Rzeczywistości, chwytają się każdej możliwości aby zaoszczędzić. Oszczędzanie na kosztach pracy ma swoje granice, niestety pracownicy z jakiś niezrozumiałych powodów, wciąż muszą przeznaczać pieniądze na podtrzymanie swojej fizycznej, biologicznej egzystencji. Prezesi szukają, gdzie ciąć, gdzie oszczędzić? Jednym z takich miejsc jest  budżet przeznaczany na reklamę, kosztują one firmy niemało. Czas antenowy, reklama prasowa, internetowa (pozycjonowanie stron) to spore wydatki, podobno potrzebne wydatki.

Ostatnio przydarzyła się okazja do zaoszczędzenia, prezesi mogli w łatwy sposób skorzystać ze wsparcia innych. Tymi, którzy subsydiowali  prezesów byli tym razem, młodzi/e naukowcy/czynie. Nic w tym nadzwyczajnego, od jakichś 500 lat, kapitalizm opiera się na eksternalizacji kosztów, co pozwala na  nieograniczoną akumulację kapitału. .

W dniu 21 października odbyło się uroczyste wręczenie naukowych nagród tygodnika „Polityka”. Sama uroczystość miała charakter „tańca z gwiazdami”, spośród „nieprzeciętnej piętnastki” wybranych zostało pięcioro laureatów. Ci ostatni zostają nagrodzeni zawrotną sumą 30 tysięcy polskich złotych.

Oczywiście, jak mawiał mój znajomy: mieć 30 tysięcy i nie mieć 30 tysięcy, to w sumie 60 tysięcy. Nagroda to przeciętne roczne zarobki adiunkta (PAN-owscy mają mniejsze).

A gdzie o tych prezesach zapytacie?

Już donoszę, nagrody były sponsorowane przez kilka firm: PZU (partner główny) oraz Bank Pocztowy, Servier, Provident i Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Liczmy – mamy tu pięciu sponsorów oraz pięć nagród po 30 tysięcy PLnów. Czyli łącznie nasi prezesi wydali 150 tysięcy złotych. Suma zawrotna.

Można się ucieszyć,  że dali choć tyle. Dlaczego jednak nie warto być zbyt pogodnym?

O finale nagród naukowych „Polityki” było głośno mediach: „Teleexpressie„, „Wiadomościach„,  wzmianki były obecne w prasie. Czas reklamowy, powierzchnia reklamowa uzyskana przez prezesów jest o wiele więcej warta niż te 150 tysięcy. Suma pojedynczego stypendium odpowiada mniej więcej 30 sekundom reklamy przed „Wiadomościami” w TVP (cennik tutaj). Gwoli uczciwości trzeba przyznać, że czas wzmianki o finale nagród naukowych, nie jest odpowiednikiem analogicznego czasu w bloku reklamowym. Z drugiej jednak strony, informacje o szlachetnych prezesach-darczyńcach, krążyć będą długo dłużej.

Nie spierajmy się o szczegóły, faktem jest, że młodzi/e naukowcy/czynie swoim wieloletnim wysiłkiem wsparli w czasach kryzysu prezesów kilku firm. Oferując im za niską cenę przestrzeń reklamową, co więcej lokując firmy darczyńców w bardzo korzystnym kontekście.

Umieszczanie w pozytywnym kontekście jest szczególnie ważne dla firmy Provident,  słynnego z innowacyjności, pioniera umów śmieciowych. Zysk brutto tej ostatniej firmy w pierwszym półroczu tego roku, to około 24 mln funtów brytyjskich. Zysk netto tej firmy w roku 2011 to ponad 200 mlnów złotych. Mam ponure wrażenie, że częściej niż z programów stypendialnych „Providentu” doktoranci/tki korzystają z oferowanych przez tą firmę pożyczekchwilówek. A jak z innymi szlachetnymi sponsorami polskiej nauki, spójrzmy tylko na PZU, w 2011 prezes tej firmy zarobił w sumie marne 1,5 mln złotych. Przypomnijmy tylko, że PZU to firma będąca własnością skarbu państwa.

Nie będę szukał dłużej, myślę, że widać dokąd zmierza moja argumentacja. Przy sumach, które tu się pojawiają, zadziwia, że prezesi musieli oszczędzić na pozostałych finalistach. Ta dziesiątka zdolnych, młodych naukowców/czyń dostanie nagrody w wysokości 5 tysięcy plnów ufundowane przez tygodnik ‚Polityka”.

Jakie koszta ponieśliby prezesi, gdyby mieli ufundować nagrody całej piętnastce, policzmy, zatrważające 300 tysięcy złotych. Wartość mieszkania w Poznaniu. Zobaczcie, jednak co zrobiłem, użyłem słówka „koszty” -czyli nie uwzględniłem darmowej roboty, którą dla prezesów zrobili naukowcy reklamując szlachetnych darczyńców. Ponadto  nie uwzględniłem sumy, którą wydała „Polityka”.

Blog ten nosi tytuł „struktury wiedzy”, poświęcony jest refleksji z okolic socjologii wiedzy i społecznych badań nad nauką. Powyższy obrazek jest niewesoły: różnica sił, akumulacji kapitału pomiędzy „biznesem” a „nauką” jest ogromna. Możliwość budowania nauki, rozwijania struktur wiedzy wydaje się chimerą. Dopóki nie zaczniemy finansować nauki w stopniu choć zbliżonym do tego, co wydajemy na prezesów nie ma sensu myśleć o polskich noblach, patentach, wynalazkach. Można się zastanawiać po co w ogóle nam nauka, po co  wiedza inna niż zautomatyzowane algorytmy grające na giełdzie. Ci, którzy widzieli film „Chciwość” [Margin call], wiedzą do czego prowadzi oddanie rynku algorytmom. Osoby które obejrzały film dokładnie zauważyły pewnie, że specjalistami od ekonomicznego „mambo-jambo” byli „ostatni inżynierowie„. Inżynierowie, którzy już nic nie produkują, nie budują mostów, tylko pomagają w cyrkulacji wirtualnego kapitału.

Można zapytać co w tym złego, że inżynier konstruuje algorytmy zamiast mostów? Niestety w „rzeczywistej” rzeczywistości, bez produkcji, bez nauki, bez rozwoju technologii, bez inspirującej i  stabilizującej kulturowo roli humanistyki, przerośnięty, ekonomiczny pasożyt nie przetrwa długo. „Rzeczywista” rzeczywistość nie  bywa częstym gościem ekonomicznych broszur o innowacyjności (pisanych przez ludzi, którzy nic potrafią wytworzyć). Dlatego wątpię by prezesi dostrzegli w porę zagrożenie, jakim jest rozdęte pasożytnictwo „biznesu” nad innymi dziedzinami.

 Pytanie tylko, czy nie jest zbyt późno, czy można wypracować jeszcze mechanizmy takiej współpracy pomiędzy pasożytem i nosicielem. W tym kontekście warto przypomnieć zlokalizowane pytanie zadanie przez Edwina Bendyka: czy Polska przetrwa do 2030.

Na koniec mam prośbę, nie pytajmy już więcej co nauka może zrobić dla biznesu, bo to bardzo obraźliwe pytanie.

Andrzej „Fronesis”

 
7 komentarzy

Opublikował/a w dniu Październik 22, 2012 w kapitalizm, lokalnie, naukowo

 

Tagi: , ,