RSS

Archiwum kategorii: sceptycznie

GMOrgias (po edycji)

/Uwaga, po dyskusji, która odbyła się na facebooku (niestety), notka uległa przeredagowaniu. Postaram się wkrótce zamieścić linki do zrzutów ekranowych z tej dyskusji./

Zacznijmy od cytatu z „Gorgiasa” Platona

Sokrates: Mówiłeś przed chwilą, że mówca jest bardziej przekonywający niż lekarz nawet w sprawach dotyczących zdrowia.

Gorgias: Tak, wobec tłumu.

Sokrates: Zatem tłum to znaczy ci, co nie wiedzą? Wobec tych bowiem, którzy wiedzą, mówca nie jest bardziej przekonywający niż lekarz.

Gorgias: Prawdę mówisz (459A).

Cytat powyższy  z „Gorgiasa” Platona, zaczerpnąłem za książką Bruno Latoura „Nadzieja Pandory”. Z niej pochodzi także poniższy fragment. Jest on komentarzem Latoura do cytatu z Platona, zamieszczonego powyżej:

            Sokrates triumfuje. Jednak Gorgias wskazuje ten sam problem, z którym wciąż borykamy się dzisiaj, ponieważ nikt go dotąd nie rozwiązał, z pewnością zaś nie Platon i jego Państwo. Polityka polega na postępowaniu z tłumem „niefachowców” i jest to zupełnie coś innego niż postępowanie fachowców z fachowcami w zaciszu ich wyspecjalizowanych instytucji. Zatem kiedy Platon maluje humorystyczną scenkę, w której kucharz i lekarz walczą o głosy zgromadzenia zepsutych dzieci (522), bez wielkiej bystrości można obrócić tę historyjkę przeciwko Sokratesowi. Ten zabawny obraz jest przekonujący tylko wtedy, gdy ateński tłum jest rzeczywiście złożony z zepsutych bachorów. Nawet jeśli zapomnimy o arystokratycznej pogardzie, jaką żywi Sokrates, wnikliwsze spojrzenie na sytuację ujawnia, że nie mamy tu do czynienia z pojedynkiem poważnego fachowca z populistycznym pochlebcą. Jest to raczej spór dwóch specjalistów, kucharza i lekarza, przekonujących zgromadzenie dorosłych mężczyzn do jednej z dwóch strategii: doraźnej albo długookresowej, przy czym żaden z nich nie zna ich skutków; przez ten spór będzie cierpieć tylko jedna strona – sam demos.

Cytaty powyższe dobrze ilustrują to, co wydarzyło się ostatnio w sporze o zdrową żywność i GMO. Zaczął się ten spór, od tekstu „Ekościema, czyli mity zdrowej żywności„, autorstwa Marcina Rotkiewicza. Temperatura została rozgrzana przez tekst „Superchwast” Tomasza Piątka. Spór uzupełniły – wspierający M.R. tekst Barta, polemiczny wobec tekstu Tomasza Piątka jak i z wspierająca go Hanną Gill-Piątek. Spór starał się zrekonstruować Nameste. Pojawiła się też odpowiedź M.R. (tu i tu). Kto ciekawy szczegółów, odsyłam do linkowanych tekstów. Pojawił się ponadto jeszcze jeden tekst (tu).

Mnie interesuje odtworzenie ról w tym GMO-spektaklu. Chcę to zrobić w kontekście pytania: kto z bohaterów jest bardziej pożyteczny dla demokracji i Ludu (oraz jego potrzeb). Zrobię to, podążając za wzmiankowaną wyżej książką Bruno Latoura (ukaże się ona wkrótce po polsku).  Latourowi dialog „Gorgias” potrzebny jest do pokazania paradoksalnego i trudnego związku dwóch wynalazków: Nauki i Demokracji (tradycyjnie uważanych za greckie).  Spór w „Gorgiasie”, Latour rekonstruuje jako przynależny trzem aktorom: Sokatesowi, Sofistom i Ludowi. Sokrates reprezentuje Rację, Rozum (Right), Sofiści – Siłę (Might), lud z kolei odsyła nas do demokracji (Reprezentacji). Mamy więc trzy czynniki, które muszą być uwzględnione: kwestie odkrywane rozumem, sprawy rozstrzygane siłą oraz to, co dzieje się wobec Tłumu i rozstrzygane jest przy pomocy pochlebstwa, poklasku dla oczekiwań tego ostatniego. Latour pokazuje, że każde z tych pól wymaga innych fachowców i innych umiejętności. Filozofowie w typie Sokratesa odwołują się do rozumnych argumentów. Karykaturalnie przedstawieni Sofiści, używają przemocy, w tym przemocy ekonomicznej. Tłum kierowany jest swoją własną dynamiką – chce po prostu dobrze żyć. Jeżeli się przyjrzymy dokładniej, widać, że zarówno karykaturalnie przedstawieni Sofiści jak i Sokrates, mają jeden cel: obronić się przed tłumem. Dochodzi tu do głosu arystokratyczna pycha Platona. Latour uważa, że odtworzenie sporów z „Gorgiasa” może pomóc w rekonstrukcji dzisiejszych „wojen o Naukę” (Science Wars). Zgadzam się z nim. Z tego powodu proponuję aby „spór o GMO i eko-żywność” potraktować jak platoński dialog.

Zastanówmy się kto, jakie pełniłby w nim role. Najprostsze do zrekonstruowania jest stanowisko zajmowane przez Marcina Rotkiewicza. Odpowiada on postaci Sokratesa. Uprzedzę od razu, że w wypadku Latoura (jak i Nietzschego), bycie porównanym do Sokratesa to nic miłego. Figura Sokratesa to ktoś, kto dyscyplinuje demos, używając odwołania do prawdy przynoszonej z zewnątrz. Dla Sokratesa-Rotkiewicza lud jest głupi, ciemny i omylny, jedynym ratunkiem jest Prawda (obowiązkowo z wielkiej litery). Sam Sokrates jak i Rotkiewicz, kokieteryjnie powiedzą nam, że oni sami, nie są nieomylni, odeślą na gdzie indziej. Sokrates do świata idei, Rotkiewicz do świata Nauki(1). Poprzez Naukę(1) rozumiem scjentystyczną wizję nauki, używaną jako narzędzie legitymizowania i uprawomocniania własnych twierdzeń. Nauka(1) nie wyczerpuje całego pola tego, co społecznie traktujemy jako naukę.

Sprawa się komplikuje, gdy przyjrzymy się pozostałym osobom naszego sporu-dialogu. Zasadniczy spór, jak wspomniałem, toczy się pomiędzy Sokratesem i Sofistami, obie strony boją się wielości, demosu. Inaczej chcą się przed ludem zabezpieczyć. Sokrates uważa, że tylko Rozum, Racja może dać odpór motłochowi, Sofiści upatrują rozwiązania w polityce – sile.  Sprawa jednak nie jest tak prosta.

Po pierwsze, Sofiści z dialogów platońskich to słomiane kukły, chłopcy do bicia, są oni tylko bladym cieniem realnych, historycznych sofistów. Realni Sofiści to nie tylko zwolennicy siły i cynizmu, to także retorzy którzy rozumieją lud i potrafią zarządzać jego lękami. Sofiści historyczni, to nie tylko zwolennicy cynicznej Realpolitik, to także osoby, które wiedzą, że nie mają możliwości przeprowadzenia swoich interesów, bez pertraktacji, negocjacji z Ludem. To, czego nas uczą Sofiści, to waga mediacji, zapośredniczenia. Sofiści realni, a nie kukły stworzone w dialogach Platona, to osoby, które wiedzą, że prawdę trzeba ubierać w szaty retoryki. Co więcej, to wcale nie oznacza, że musimy prawdę porzucić. Wbrew Sokratesowi, nie ma nagiej, niezapośredniczonej prawdy. Sofiści uczulają nas na ten prosty fakt. Ale trzeba uważać, niebezpieczni z nich nauczyciele – retoryka może nas zwieść. To pułapka w którą wpada część Sofistów i ich współcześni odpowiednicy – postmoderniści. Z faktu, iż prawda przychodzi tylko jako zapośredniczona, wyciągają oni mylny wniosek, że prawdy nie ma, oraz, że „wszystko wolno”. Nie idźmy tą drogą.

Po drugie, kiedy porzucimy starożytność, okazuje się, że stanowisko, odwołującego się do Prawdy Sokratesa, i odwołujących do siły Sofistów, zbliżają się do siebie. Oddajmy jeszcze raz głos Latourowi:

Wystarczy powiedzieć, że kiedy w końcu zostaje wynaleziona „polityka naukowa”, nadchodzą jeszcze gorsze potworności. Sokrates groził tylko własnym samotnym odejściem z agory i tylko jego krew popłynęła na koniec tej dziwnej próby zracjonalizowania polityki. Jakże niewinnie to wygląda dla dzieci obecnej epoki! Sokrates nie mógł sobie nawet wyobrazić, że zostaną stworzone naukowe programy wysłania całego demosu w zaświaty i zastąpienia życia politycznego żelaznymi prawami jednej tylko nauki, i że będzie nią ekonomia! Nauki społeczne w większości swych przejawów reprezentują ostateczne pogodzenie Sokratesa z Kalliklesem, ponieważ czysta siła, której zwolennikiem był ten ostatni, stała się przedmiotem dowodu – oczywiście nie przez geometryczną równość, ale przez nowe narzędzia, takie jak statystyka. Każdy szczegół w naszej definicji „tego, co społeczne” pochodzi teraz od Sokratesa i Kalliklesa stopionych w jedno.

Cytat powyższy pokazuje powinowactwo strukturalne pomiędzy zagrożeniem jakie dla sfery publicznej i demokracji stanowią: nauka oraz ekonomia. Co przez to zagrożenie rozumiem? Chodzi o problem z wprowadzaniem zewnętrznego arbitra do sporu i debaty demokratycznej.

Kiedyś takim arbitrem był Bóg. Było dobrze, kiedy wszyscy w Europie, żyli we w miarę jednorodnej kulturze średniowiecznej. Wtedy odwołanie do Boga pełniło swoją funkcję, stabilizowało sferę publiczną, legitymizowało władzę, służyło internalizacji wartości moralnych. Sprawy się skomplikowały wraz z reformacją i wojnami religijnymi. To, co kiedyś gasiło spory, teraz je wznieca, użycie w debacie zewnętrznego arbitra – Boga, zamiast gasić pożar było dolewaniem oliwy do ognia. Z tego powodu Hobbes, gdy opracowywał swoją koncepcję Państwa – Lewiatana, pozbył się Boga, wykreślił go z projektu.  Państwo miało się opierać na naukowych podstawach. Ludzie mieli odwoływać się do wewnątrzspołecznej (immanentnej) umowy społecznej, ta z kolei miała wynikać z odkrywanej naukowo (filozoficznie) natury ludzkiej.

Wszytko ładnie żarło, ale szybko zdechło. Hobbes nie był przygotowany na nadejście nauk eksperymentalnych, które reprezentował Boyle. Z tym ostatnim nasz filozof, toczył zresztą przegrane spory o próżnię.

Plan Hobbesa nie wypalił. Naukowcy i ich laboratoria, okazały się niezbędne dla Państwa. To Oni i ich wynalazki dawały dobrobyt, siłę militarną, etc. Niestety miało to swoją konsekwencję polityczną – przerwany został klarowny układ oparty o umowę społeczną. Naukowcy, którzy wyciągali Naturze jej sekrety, stali się uprzywilejowani, tak jak kiedyś Bóg zajęli pozycję zewnętrznego arbitra.

Wszytko znów było dobrze, dopóki wierzyliśmy w mit nowoczesnego postępu. Wtedy arbiter Nauki –  mówiącej w imieniu Natury – ucinał spory i dywagacje. Dziś jest inaczej. Nauka padła ofiarą własnego sukcesu. Połowicznie unaukowione społeczeństwo samo zaczęło toczyć spory naukowe. Co prawda tylko kilku z Nas ma laboratoria i może robić eksperymenty, ale wszyscy możemy czytać o Nauce(1). Tu jest sedno problemu, mało kto uprawia Naukę(2), czyli praktykę laboratoryjną, ale właściwie każdy może toczyć spory o Naukę(1). Nauka nie jest silna tam gdzie pozornie się wydaje. Scjentystyczne odwołania do Prawdy, Dowodu i Argumentu w debacie publicznej są kontrowane Kontrargumentem, Kontrdowodem i Kontrprawdą, tak rodzi się ten słynny #prawdopośrodkizm. Nauka jest silna tam, gdzie jej oponenci jej nie dosięgną – w laboratoriach, w praktyce technicznej, technologicznej. Nauka to eksperymenty, produkowanie faktów. Wiedza jako efekt jest małym procentem tego, co jest praktykami wiedzotwórczymi. To one są ważne. Fakt naukowy nie wisi na tekście, zawartym w nim dowodzie czy chwycie naukowym. Nauka to nie „wygrywanie flejmów”. Tym, co jest ważne to „mobilizowanie” świata, przetwarzanie go, a następnie „pakowanie świata” w artefakty, teksty, wykresy, wynalazki.

W tym momencie możemy wrócić do pozostałych postaci naszego dialogu: Tomasza Piątka, Hanny Gill-Piątek, a przede wszystkim, do Nameste. Wydaje się, że wszyscy oni, a szczególnie ten ostatni, stawiają się w pozycji obrońców (przedstawicieli?) ludu-demosu, przed unaukowioną, pozbawioną szans na reprezentację polityką (naukową i ekonomiczną). To, co ich przeraża to, ten istniejący, od czasów Hobbesa przynajmniej, złożony sojusz prawdy naukowej z jej siłą polityczną. Marcin Rotkiewicz może się skutecznie bronić przed zarzutem „bycia sługusem Monsanto”. Tak, gdy odczytujemy sprawę literalnie ma rację, nie jest na listach płac z adnej z firm, nie jest członkiem think-tanków. Histeryczny Tomasz Piątek, nie potrafiąc dobrze rozpoznać gdzie i jak należy skrytykować,  stworzył kiepski, szkodliwy dla spraw „demosu” paszkwil. Rotkiewicz wbrew Piątkowi nie jest w prosty sposób „sługusem złych korporacji”, jego pozycja jest szkodliwa z innego zupełnie powodu. On, podobnie jak Sokrates boi się wielości. Motłoch, tłum to dla niego zaprzeczenie prawdy. Z tego powodu ucieka w krainę Pewności, Prawdy i Nauki(1). Niestety wolnorynkowi ekonomiści legitymizujący neoliberalny porządek i korporacyjny ład, także robią to „w imię naukowej, jednej Prawdy”. Rotkiewicz jest szkodliwy, gdyż de-demokratyzuje debatę poprzez proste wprowadzanie „scjentystycznego” knebla (zewnętrznego odwołania).

Dzieje się tak, gdyż epistemologiczny poziom na którym toczą się spory o prawdę, pozwalają uciec od tłumu. Także Tomasz Piątek i Hanna Gill-Piątek, uznają scjentystyczny obraz nauki za prawdziwy, tyle tylko, że go krytykują. Niestety miłość do epistemologii widać także w sporach Barta z Nameste.

Tu tkwi źródło problemu. Jeżeli chcemy być demokratyczni, przysłużyć się nam samym, czyli „demos”, musimy porzucić Epistemologię. Spory o prawdę, to domena Nauki(1), nieprawdziwego tworu, który służy pewnej polityce. Nauka(1) to twór ideologiczny, bacik, którym bije się oponentów. Nauka(1) to wyidealizowany twór, który pod postacią naukowca widzi jedynie fizyka-teoretyka w stylu Sheldona Coopera z „The Big Bang Theory”. Nie ma tam miejsca dla brudzących sobie fartuchy chemików, produkujących kosmiczne toalety inżynierów czy biologów – hodowców bakterii. Nauka(1) to twór, którym straszy się złe dzieci, to nie ona „odkrywa”. To nie Nauka(1) daje nam lekarstwa, tramwaje, nowe buty do biegania. To wszytko to domena praktyki, nauki pojmowanej jako Nauka(2).

Nauka(2) pojmowana jako zespoły praktyk pozwala inaczej spojrzeć na problem. Gdy porzucimy spory teoriocentryczne i zwrócimy się w stronę Społecznych Studiów nad Nauka i Techniką (Science, Technology Studies), pozwoli to zupełnie inaczej rozpisać spór. Po pierwsze znikają dwie strony sporu: nauka vs irracjonalny lud. Mamy wiele różnorakich praktyk: nie ma jednej „nauki”, są laboratoria badawcze, firmy wdrażające, urzędy patentowe, agencje reklamowe, hinduscy rolnicy, etc. Wszystkie te elementy tworzą łańcuch, który warunkuje własne istnienie: bez kapitału nie ma badań, bez badań nie ma lepszej żywności, bez reklamy nie ma „rynkowego” napędu, bez patentów, nikt nie zaryzykuje finansowania, bez rolników nie ma komu sprzedać kukurydzy etc. Nauka(2) to szereg praktyk, z których tylko nieliczne podobne są snom o nieprawdziwej Nauce(1). Po re-definicji sporu z pozycji STS, nie ma co się bać tłumu i wielości, także Nauka(2) jest bowiem tłumem i wielością. Nie ma przeciwstawienia Nauki i Demokracji, jeżeli i „nauka” i „lud”, są elementem większej całości (będącej wielością, tłumem), to trzeba zakasać rękawów i demokratyzować całą zbiorowość. Wydaje się, że połączone we wzajemnym sporze, głosy Barta i Nameste, są krokiem w tym kierunku.

M. Rotkiewicz na razie do tłumu mówić nie umie, bojąc się go, nie potrafi w żaden sposób zrozumieć i zarządzać społecznymi lękami. Ludu nie interesują linki do baz danych, artykuły i wyliczenia. Co z tego, że bawełna zmodyfikowana genetycznie jest mniej szkodliwa. Lud się boi zmian, na przykład tego, że za ziarno będzie trzeba płacić, a kiedyś wystarczyło odłożyć do worka na następny rok.  Może starzy ludzie tracą swój autorytet, to nie oni(e), ale kolesie w kitlach są teraz „prawdziwymi rolnikami”. Może zajdą zmiany w podziale pracy, oraz w układach rodzinnych (w tym genderowych – wyobraźmy sobie, że wnioski „na ziarno”, wymagają piśmienności, a np. większość kobiet jest niepiśmienna).

Rotkiewicz ma rację na polu „czysto” naukowym. Ale to służy w debacie jedynie ucinaniu sporów. Co z tego, że ma on rację (w pewnych rejestrach wyabstrahowanej rzeczywistości). Lud interesuje się innymi problemami. Kto stał w 6 godzinnej kolejce do opryskliwego lekarza-buca, nie ma ani czasu, ani chęci zastanawiać się nad tym, że gdzieś tam w odmętach Pubmedu, są jakieś fajne linki do kliknięcia. Dla niego/niej, nauka to lekarz-buc, łapówka, którą musi dać i pigułka, którą bierze. Taki, sceptyczny nawet pacjent, wciąż ma jednak zaufanie do nauki, podlega jej urokowi (oraz przemocy), choćby wtedy gdy rozbiera się przed obcym kolesiem (szczególnie gdy jest pacjentką). Lud ma prawo do lęków i do do tego, że widzi cały łańcuch czynników jako naukę, a nie tylko tego wydestylowanego, „prawdziwego Szkota” czyli Naukę(1) z bajek scjentystów.

Gdy Sokrates-Rotkiewicz odwołuje się do kolejnych badań (poprawnych metodologicznie i sensownie popartych eksperymentalnie), dla Ludu jest jedynie gościem, który jest równie (nie)zrozumiały, co maszyna ze skeczu Monty Pythona: robi Ping.

Jego postawa, odwołująca się do Nauki(1) wydestylowanej z całego uwikłania w świat społeczny, ekonomiczny, uwarunkowań historycznych, może być śmiesznie outsiderska, jak było w przypadku Sokratesa, który  w pojedynkę chciał naprawiać Ateny. Może też być groźna, gdy sprzymierzy się (świadomie lub nie) z tymi, którzy tłamszą wielość i tłum w imię Prawdy. Tej prawdy, która przychodzi z zewnątrz. Tomasz Piątek i Hanna Gill – Piątek w swym anty-scjentyzmie również nie przysłużą się Ludowi. Podobnie jak M.R. nie uśmierzą oni społecznych lęków. Zamiast scjentystycznej Racji, Tomasz Piątek proponuje Siłę – wiarę w zdrową marchewkę, opylaną za 10 plnów warszawiakom przez jego kolegę. Wybór pomiędzy scjentystyczną Racją i irracjonalizmem nie chroni nasz przed terrorem Siły, ta przychodzi do nas w obu przypadkach. Tak, scjentyści jak i irracjonaliści, nie uzbroją nas w narzędzia do demokratyzacji nas samych (wraz z naszymi wynalazkami: Ekonomią, Nauką, Techniką). Ekologia polityczna proponowana przez B. Latoura, to radykalniejsza wersja dobrze znanej ekonomii politycznej,  wymagają one od nas tylko (aż?) jednego – sprzeciwu wobec reifikacji i alienacji.

Z tego powodu boję się zarówno mówiącego w imieniu Nauki(1) Rotkiewicza jak i wieszczącego histerycznie w imieniu Natury Piątka. Szukam z trudem sposobów pogodzenia nauki i demokracji, tego,  że jest nas wielu (ludzi i czynników pozaludzkich) oraz tego, że nauka zwiększa bardzo szybko tą wielość. Jak mówić, działać, żeby pogodzić sprzeczności w które obfituje rozrastającą się zbiorowość ludzi, rzeczy,artefaktów

/Andrzej „Fronesis”/

p.s. 1. Formę Gorgias a nie Gorgiasz, proponuje nowsze tłumaczenie Platona, taką też formę przyjęli polscy tłumacze książki Latoura.

p.s. 2. Notkę dobrze uzupełnią, dwa moje teksty: o lękach społecznych i nauce,(AWNowak_CzyjeLeki_CzK62012),  oraz  o neoluddyzmie Nowej Lewicy (http://www.praktykateoretyczna.pl/PT_nr7_2013_NOU/11.Nowak.pdf).

 
8 komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 29, 2013 w krytyka, naukowo, sceptycznie

 

Tagi: , , , , , , ,

Lęki i nauka

Kończy się semestr. Czas małych rozliczeń. Dobiegł końca  cykl wykładów „Lęki społeczne a nauka. Kontrowersje naukowo-społeczne we współczesnym świecie” (współorganizowany, przeze mnie razem z Moniką Bobako). Wykłady można odsłuchać tutaj, po zalogowaniu.

Cykl cieszył się sporą popularnością, dało się zauważyć, że część osób przychodziła na wybrane wykłady. Tak było na przykład, w przypadku wykładu Marcina Rotkiewicza o szczepieniach i GMO, gdy pojawiła się przedstawicielka „antyszczepionkowców”. Niestety z powodu nawały zajęć nie pisałem regularnych omówień, streszczeń i recenzji każdego z wykładów.  Częściowo wynika to z działań naszego Ministerstwa, które w żadnej mierze nie promuje, takiej dziwnej wolontariackiej działalności. Przecież, poza interesującymi dyskusjami, nie przyniosłoby to mitycznych punktów.

To, że wykłady były potrzebne i dotykały tematów „na czasie” było widoczne choćby w przypadku wykładu o medykalizacji ADHD, wygłoszonego przez Michała Wróblewskiego. Od jakiś kilku dni wielu moich znajomych przerzuca się linkami o tym jakoby ADHD zostało wymyślone. Polecam też wpis Michała na tym blogu i jego artykuł o ADHD.

Starając się jakoś uczynić zadość, proponuję zapoznanie się z moim tekstem, który stanowi ramę teoretyczną dla tego cyklu wykładów.

Tekst jest dostępny do ściągnięcia AWNowak_CzyjeLeki_CzK62012.

 
9 komentarzy

Opublikował/a w dniu Czerwiec 19, 2013 w naukowo, sceptycznie, Uncategorized

 

Tagi: , , , ,

Argument z boja (uwagi pokonferencyjne)

Wyobraź sobie

Wyobraźmy sobie następujące zdarzenie: rozmawiają dwaj lekarze. Pierwszy niech będzie Ortopedą, drugi Epidemiologiem a zarazem specjalistą od chorób skóry. Niech rozmowa odbywa się na seminarium naukowym, na konferencji, czy w czasie innego oficjalnego spotkania. Epidemiolog przedstawia wyniki kilku badań empirycznych i mówi, że choroba X, która wywołuje epidemie i przejawia się takimi a takimi zmianami skórnymi oraz szeregiem innych symptomów nie jest wynikiem rzucaniem uroków, czy złym spojrzeniem, jak mówiły przekazy ludowe, a powoduje ją herpeswirus. Źródłem zakażenia, pokazują badania, są inni ludzie, zakażenie następuje drogą kropelkową, okres wylęgania trwa tyle i tyle, zaś czas zaraźliwości tyle i tyle.

Normalne sprawozdanie z badań.

Teraz, wyobraźmy sobie, że wstaje Ortopeda i mówi tak: bo ja broniłbym wersji z urokiem.

„Czy masz na to jakieś badania? I czy masz jakieś badania, które wykazują nieważność przywoływanych przeze mnie wyników?” – pyta Epidemiolog

„Tak” – odpowiada Ortopeda – „niejaki John Smith z Ameryki zrobił badania, polegały one na tym, że pytał chorych i oni odpowiadali mu, że skoro mają takie krosty, strupy i pęcherze na skórze w dużej ilości, to znaczy, że ktoś musiał rzucić na nich urok, a przynajmniej spojrzał złym okiem”.

Sytuacja taka jest niewyobrażalna, prawda? Rozmawia dwóch naukowców, jeden przedstawia wyniki empirycznych  badań pewnego zjawiska, a drugi, który nie jest specjalistą w tej dziedzinie, oponuje powołując się na badanie opinii chorych na temat przyczyn choroby i z tego wysnuwa wniosek o rzeczywistych przyczynach choroby. Zachowanie w kontekście nauki tak nieracjonalne, że niewyobrażalne.

Kontekst

W ostatnim czasie, ja i Michał współorganizowaliśmy w Toruniu konferencję „Etyka w badaniach naukowych” (Andrzej/Fronesis z kolei zgłosił wystąpienie). Jeden z najciekawszych referatów wygłosiły Ola Derra i Ewa Bińczyk (abstrakty), nasze instytutowe koleżanki. Powyższa opowieść jest wstępem do dyskusji po ich referacie i odnosi się do jednego z poruszanych w nim wątków.

Niewyobrażalne, a prawdziwe

Poruszany wątek dotyczył obrazu nauki stworzonego przez amerykańskiego socjologa Roberta Mertona. Wskazał on na takie cztery jej cechy: 1. wspólnotowość (communality), 2. uniwersalism, 3. bezinteresowność, 4. zorganizowany sceptycyzm. Ola i Ewa postawiły po prostu tezę, że etos nauki oparty na modelu Mertona jest życzeniowy raczej niż faktyczny, ponieważ nie odpowiada prawdzie. Skąd takie przekonanie? Tutaj przywołały wyniki rozmaitych badań, w tym takich, które usiłowały ustalić normy, jakimi faktycznie kierują się naukowcy w pracy. Jednocześnie wskazały na słabość metodologii Mertona (wielokrotnie wytykaną): nie badał on rzeczywistych działań naukowców, a jedynie zapytał ich o to jakimi normami się kierują w pracy. Różnica między deklaracjami a faktycznymi działaniami jest powszechnie w naukach społecznych (i nie tylko w nich) znana. Badania, na które powoływały się Ola i Ewa są znacznie nowsze niż Mertona, część z nich też zakrojona na znacznie szerszą skalę.

Dzięki uprzejmości referentek wklejam poniżej wykorzystane w prezentacji cytaty oraz odniesienia bibliograficzne:

  • Sergio Sismondo: „wymieniane przez Mertona normy są życzeniowymi zaleceniami moralnymi”  (s. 27).

Sismondo, Sergio. 2010. An Introduction to Science and Technology Studies. Malden, MA, Oxford: Wiley-Blackwell, wyd. drugie.

  • Steven Fuller: „postać Mertonowskiej teorii nauki to efekt podjętych przez tego badacza decyzji metodologicznych” (s. 15).

Fuller, Steve. 2006. The Philosophy of Science and Technology Studies. New York, London: Routledge, Taylor&Francis Group.

  • Ian I. Mitroff: „naukowcy w równym stopniu hołdują zasadom zawodowym przeciwnym do norm wskazanych przez Mertona. Są to następujące przeciw-normy: 1) odosobnienia (ang. solitariness),
    2) partykularyzmu, 3) interesowności i 4) zorganizowanego dogmatyzmu
    „.

Mitroff, Ian I. 1974. The Subjective Side of Science. New York: Elsevier.

  • Michael Mulkay: „normy Mertona stanowią rekonstrukcję propagandowego autoobrazu tej grupy społecznej„.

Mulkay, Michael. 1976. Norms and Ideology in Science. „Social Science Information”, 15: 637-656.

  • Ola, Ewa: „Robert Merton w późniejszych tekstach podkreśla rolę ambiwalencji co do norm, która charakteryzować może społeczną rolę uczonych„.

Zob.: Merton, Robert. 1976. The Ambivalence of Scientists: A Postscript. W: tenże. Sociological Ambivalence and Other Essays. New York: Free Press, 56-64.

 

Po referacie odzywa się głos z sali: „bo ja bym bronił(a) Mertona”.

W jaki sposób? Badania wskazują na co innego niż początkowo mówi Merton (nawet sam zmienia swoje stanowisko). Są one nowsze (czyli odnoszą się do wyników Mertona) i jest ich więcej. Dokonują też rozróżnienia, które zniknęło Mertonowi: oddzielają rzeczywistość od opinii na temat rzeczywistości. Na jakich więc podstawach można bronić Mertona? Bo ktoś ma na to ochotę? Bo ktoś chce zignorować wyniki badań empirycznych z dziedziny (studia nad nauką), o której nie ma pojęcia? Bo Merton jest fajny koleś? Bo ktoś kiedyś (w doktoracie, w jakimś zamierzchłym artykule) pisał o Mertonie, a w obliczu nowych danych tekst ten stałby się nic nie wartym śmieciem? Bo ktoś tłucze Mertona do głowy studentom, ponieważ nie zna nowszej literatury? Bo ktoś, śladem Mertona, nie odróżnia rzeczywistości (działań naukowców) od opinii na temat rzeczywistości (opinii naukowców na temat norm, jakim hołdują)?

Jeśli czytający zechcą zerknąć na zalinkowaną stronę konferencji, to znajdą tam instytucje organizujące. Z tego krótkiego, a poważnego zestawu, można wysnuć słuszny wniosek, że w dyskusji biorą udział badacze uznani, szanowani, zajmujący miejsca w instytucjach z górnej półki. Nie mówimy więc o aberracji niedouczonych, a o systematycznej, zorganizowanej i okopanej nieracjonalności ukrytej w samym naukowym sercu (jeśli ktoś nadal ma ochotę mówić o naukowości humanistyki). Rzecz niewyobrażalna w przypadku medycyny, staje się normalną praktyką w przypadku championów humanistyki.

Ludwik Fleck sytuację taką opisywał jako jeden z mechanizmów obrony starego stylu myślowego przed nowym: po prostu nie przyjmujemy do wiadomości nowych danych, więc nie są one dla nas zagrożeniem. Starych przekonań bronimy z mocą piastowanego urzędu, sprawowanej funkcji, siły wieku, donośności głosu, czy co tam jeszcze mamy w ekwipunku postaci.

I na deser…

Po tym wszystkim zdarzyło mi się brać udział w surrealistycznej (w tym kontekście) rozmowie na temat habilitacji. Szło to tak: habilitację należy robić poza miejscem pracy (poza miejscem doktoryzowania się), aby się sprawdzić i wystawić na obiektywną ocenę. No cóż, jeśli ta obiektywność działa tak, jak w powyższej dyskusji, a obiektywni badacze są równie racjonalni, co w tym przypadku, to good luck! Obiektywne argumenty, obiektywne dane, obiektywne wyniki i obiektywne oceny.

Jeśli w tej sytuacji mogę wybierać między mitologicznym (filozoficznym?) spojrzeniem na racjonalność instytucji naukowych a perspektywą socjologiczną, to wybieram tę drugą. Pierwsza nie zauważy irracjonalnej aberracji opisanej powyżej sytuacji i mocą przyjętej uprzednio aksjologii nakaże wygłaszać przekonania na temat obiektywizacji oceniania czyjegoś dorobku. Druga wyjaśni mi irracjonalną dyskusję z konferencji (vide Fleck) i nadto pozwoli postawić pytanie o mechanizmy obiektywizowania. Na przykład w ten sposób (tropem Bergera i Luckmanna): czy obiektywizm przekonań wywodzi się z ich zawartości, czy też są one obiektywizowane w kontekście instytucji, struktury wpływów i społecznie podzielanego zasobu wiedzy? Albo inaczej: czy instytucje naukowe są pustą skorupą, którą zasiedliły obiektywne treści nauki (i oceny – bo przecież o nie też chodzi)? Czy też to właśnie jakieś mechanizmy instytucjonalne obiektywizują krążące w nich treści? I idąc dalej: czy zatem powinniśmy poszukiwać dwunastu naukowo obiektywnych ludzi, by poddać się obiektywnej ocenie, czy też powinniśmy wykazać się roztropnością (fronesis) i rozpoznać lokalne instytucjonalne mechanizmy funkcjonowania wiedzy i zawierzyć takiemu rozpoznaniu?

Kto nas nabiera – mitomani, czy socjologowie?

Poza tym, szczerze, w obliczu epidemii komu zawierzycie Epidemiologowi, czy Ortopedzie? Zaś w przypadku rzucenia swoich losów na szalę habilitacji: teorii socjologicznej, czy filozoficznemu mitowi obiektywności?

Krzysztof

 
8 komentarzy

Opublikował/a w dniu Listopad 16, 2012 w sceptycznie

 

Tagi: ,

Niezamierzone konsekwencje antypsychiatrii

Zwolennicy medycyny alternatywnej konstruując za Thomasem Szaszem państwo terapeutyczne, tworzą teoretyczną efermerydę, pozbawiony kontaktu z rzeczywistością model idealny wszędobylskiej władzy. Pół biedy, gdyby chodziło jedynie o przyczynek do filozofii władzy á la Foucault. Stawka jest jednakże dużo poważniejsza. Chodzi bowiem z jednej strony o konkretne usytuowanie działania współczesnej medycyny, o zrozumienie jej mechanizmów i związanych z nią zagrożeń. Z drugiej zaś, o wymiar praktyczny, czyli realne zachowanie pacjentów. W obydwu przypadkach koncepcja państwa terapeutycznego nie tyle trafia kulą w płot, co tworzy szkodliwą społecznie wiedzę.

Powoływanie się w krytyce koncernów farmaceutycznych na ruch antypsychiatryczny jest chyba najlepszym przykładem mobilizowania przez zwolenników medycyny alternatywnej zasobów, których nie do końca oni rozumieją. Patrząc bardzo powierzchownie, trudno nie zgodzić się z tym, że antypsychiatria miała na celu uczynienie medycyny, głównie w zakresie leczenia chorób psychicznych, bardziej humanitarną. Jej postulaty, jak wówczas sądzono, wymierzone były przeciwko naukowemu redukcjonizmowi (sprowadzającemu ludzki umysł i ludzkie zdrowie psychiczne jedynie do czynników biologicznych), który w rękach wszechwładnej władzy stawał się narzędziem represji zwykłych ludzi. Gdy przyjrzymy się jednakże bliżej, to uświadomimy sobie, że antypsychiatria sama stała się narzędziem w procesie, który z taką siłą krytykowała. Bez antypsychiatrii nie byłoby bowiem boomu farmakologii, przyspieszonej biomedykalizacji, deregulacji rynku farmaceutycznego.

Przywołując antypsychiatrię zapomina się o tym, że w czasie jej powstania głównym paradygmatem w badaniu chorób psychicznych była psychoanaliza i jej wykładnia psychodynamiczna, główną metodą leczenia zaś psychoterapie, zwane potocznie talk therapies. W przypadku najsilniejszych zaburzeń wykorzystywano zarówno leczenie farmakologiczne, jak i elektrowstrząsy. Wszystko to odbywało się w murach specjalnych ośrodków odosobnienia, pod nadzorem pielęgniarek i lekarzy. Antypsychiatryczna krytyka doprowadziła jednakże do deinstytucjonalizacji, czyli znacznego zredukowania instytucjonalnej opieki zdrowotnej w zakresie chorób psychicznych i w rezultacie do oddelegowania leczenia terapeutycznego do gabinetów lekarskich czy lokalnych struktur służby zdrowia. Najlepszym wyrazem krytyki instytucjonalnej krytyki psychiatrii amerykańskiej jest książka Kena Keseya Lot na kukułczym gniazdem:


Antypsychiatria krytykując ówczesne instytucje opieki zdrowotnej jednocześnie krytykowała dominujący wówczas paradygmat myślenia o chorobach psychicznych. Wbrew jej przedstawicielom, nie dominował wówczas biologiczny redukcjonizm, lecz psychoanaliza. Kulturowa moda na antypsychiatrię spowodowała odwrót od tego drugiego paradygmatu, co umożliwiło przeforsowanie w instytucjach zajmujących się regulacją opieki psychiatrycznej naturalistycznego definiowania chorób. Najlepiej widać to, analizując proces powstawania podręcznika diagnostycznego, który zrewolucjonizował psychiatrię amerykańską. DSM-III powstawał od połowy lat 70, jego wydanie miało miejsce w roku 1980, czyli długo po ruchu antypsychiatrycznym. Nowy podręcznik diagnostyczny powstał na fali kulturowej krytyki psychoanalitycznie zorientowanej psychiatrii, z powodu niewydolności państwa w refundowaniu talk therapies, a także z uwagi na niską rzetelność stawianych przez lekarzy diagnoz. Co najważniejsze, twórcy DSM-III, z Robertem Spitzerem na czele, nie byli wiernymi czytelnikami Freuda, lecz Emila Kraepelina. Ten austriacki psychiatria, żyjący na przełomie XIX i XX w., uważał, że choroba psychiczna jest przede wszystkim stanem biologicznym, jego leczenie zaś jest oddziaływaniem na organizm. Taka definicja ma oczywiście olbrzymie konsekwencje, wiąże bowiem etiologię, diagnostykę i terapię z naukami empirycznymi na niespotykaną dotąd skalę. Zwłaszcza w tym ostatnim przypadku, paradygmat naturalistyczny znacząco ułatwia zwrot w leczeniu ku psychofarmakologii. Z uwagi na fakt, że antypsychiatria stworzyła społeczny klimat do tego, aby krytykować psychoanalizę i psychiatrię w ogóle, to w rezultacie umożliwiła większe znaturalizowanie dyskursu medycznego, a co za tym idzie, nastanie kulturowej mody na farmakologię. Paradoksalnie, antypsychiatria krytykując opresyjne aparaty państwa nie zauważyła, że jej kontestacja może skonstruować nowego, silniejszego wroga, jakim są koncerny farmaceutyczne. Powoływanie się w związku z tym w krytyce firm produkujących leki na ruch antypsychiatryczny jest jakimś nieporozumieniem.

Co więcej, postulowana przez antypsychiatrię deinstytucjonalizacja nie przyhamowała wcale procesu medykalizacji, tylko przesunęła go na inny obszar. Postulat, aby samemu dbać o własne zdrowie i nie polegać jedynie na instytucjach medycznych doprowadził do nastania mody na leki life style‚owe w połowie lat 80, których przepisywania domagali się od lekarzy pacjenci. Deinstytucjonalizacja sprawiła bowiem, że kwestia zdrowia psychicznego stała się sprawą indywidualną, moralnym zobowiązaniem jednostki, o którego wypełnieniu powinna sama zabiegać. Antypsychiatryczny postulat subiektywizowania stanu własnego organizmu w połowie lat 80 został powiązany z neoliberalną ideologią opiewania indywidualności, a w przypadku zdrowia, z moralnym nakazem, aby nie tyle ciągle się leczyć, ale żeby bezustannie być zdrowym. Również w tym przypadku, antypsychiatria wywołuje nieoczekiwane konsekwencje, które mogą okazać się korzystne dla interesów koncernów farmaceutycznych. Jeżeli bowiem sam wiem lepiej co mi dolega, bo sam znam swój organizm (a tak naprawdę wiem co mi dolega, bo wszyscy mają depresję, ADHD czy zaburzenia erekcji, więc mam i ja), to pójdę do lekarza z gotową diagnozą, wymuszę na nim przepisanie mi Prozacu, Ritalinu czy Viagry. Bo przecież kulturowo rzecz biorąc instytucja lekarza czy naukowca jest o wiele bardziej skompromitowana, niż potoczna wiedza, którą dostarcza mi Internet, telewizja czy przyjaciele. Niestety…

Warto tu zwrócić uwagę, że krytykując negatywne powiązania rynku farmaceutycznego i nauki czy medycyny można sięgnąć do zupełnie innych zasobów oraz że nie trzeba ucinać gałęzi na której się siedzi. W polskiej literaturze istnieje bardzo bogata tradycja socjologii medycyny, która badała społeczne usytuowanie ludzkiego zdrowia. Sięgnięcie do prac Magdaleny Sokołowskiej mogłoby stać się naukowym dopełnieniem paradygmatu biologicznego w myśleniu o zdrowiu psychicznym. Być może analiza socjologiczna tego typu nie skazywałaby nas ani na zbytni redukcjonizm biologiczny, ani na wyrzekanie się prawomocności nauk empirycznych. Ponadto, nawet w przypadku lekarzy-praktyków, którzy nie godzą się na hegemonię wyjaśnienia naturalistycznego istnieje wielu, którzy są w stanie wyważyć swoje stanowisko, pokazując, że krytyka farmakologii nie oznacza jej negacji, ani kryjącej się za nią racjonalności naukowej. Takim przykładem jest Lawrence H. Diller, autor książki opisującej kontrowersję wokół ADHD, w którą zamieszani są i naukowcy, i lekarzy, i koncerny. Mając świadomość naddiagnozowania, nadużywania leczenia farmakologicznego, skutków ubocznych zażywania Ritalinu, postuluje on w swojej książce, aby terapia ADHD miała charakter wieloczynnikowy, aby równoważyła elementy psychoterapii z farmakologią. Dlaczego tak uważa? Przede wszystkim dlatego, że jest to rozsądne i pożyteczne dla pacjenta. O tych dwóch rzeczach, zwolennicy medycyny alternatywnej zwykli chyba zapominać.

PS: Odsyłam również do artykułu na temat wykorzystania tybetańskiej medycyny alternatywnej przez koncerny farmaceutyczne, co pokazuje, że również ten zasób w medycznej wojnie o pacjenta może być problematyczny.

/Michał Wróblewski/

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Czerwiec 30, 2012 w sceptycznie

 

Tagi:

Pułapki (nad)krytycznego (bez)rozumu

Krytyka nowoczesności i nowoczesnych struktur wiedzy jest tak wiekowa jak sama nowoczesność. Krytyka ta miał różną dynamikę, związana była z wieloma interesami, wynikała z wielu (często sprzecznych) pobudek ideowych. Od klasycznego konserwatyzmu spod znaku de Maistre’a po pesymistycznych krytyków kultury  z okresu międzywojnia: M. Heidegger, E. Jünger, C. Schmitt czy z innej tradycji politycznej T. Adorno. Kolejnym silnym momentem w którym krytyka nowoczesności się rozwijała była „rewolucja 1968„.  Ostatnią z fal krytyki był, przemijający dziś postmodernizm. Pomiędzy falą rewolucji 1968 a okresem fascynacji postmodernizmem w tle rozwijała się krytyka nowoczesności spod znaku „Nowej Ery” (New Age).

Można zaryzykować za I. Wallersteinem i częściowo U. Beckiem, że do 1968 roku mieliśmy do czynienia z dość klarownym układem: postęp i nowoczesność były ze sobą tożsame, krytyka nowoczesności (i nowoczesnych struktur wiedzy) przebiegała z pozycji konserwatywnych, anty-nowoczesnych, anty-postępowych, anty-naukowych.

Jeżeli przyjmiemy za Beckiem, że dziś mamy do czynienia raczej z nową fazą nowoczesności, to powyższy układ uległ znacznemu skomplikowaniu. Nowoczesność pierwsza (prosta) rozwijała się zawłaszczając  zewnętrzne w stosunku do niej (podbój przyrody, kolonizacja, medykalizacja etc.). Nowoczesność druga jest samo-zwrotna, pożera samą siebie. Beck nazywa to chwytnie choć myląco – społeczeństwem ryzyka. Widać jego przejawy dzięki kryzysom ekologicznym,  problemom wywoływanym przez innowacje techniczne, etc. Dziś być nowoczesnym (w jej refleksywnym sensie) to trudne zadanie, to konieczność równoczesnego uprawiania krytyki negatywnych skutków nowoczesności i równoczesna obrona tej nowoczesności. Nowoczesność bezkrytyczna spowoduje, że nie widzimy skutków ubocznych, które są wytwarzane, (nad)krytyczność spowoduje zniszczenie nowoczesności samej. To samo dotyczy uwikłania rozwiniętych w nowoczesności  i wciąż w nią uwikłanych struktur wiedzy.

Krytyka nowoczesnych wiedzy (szerzej nauki) to trudne zadanie, najlepiej to widać na przykładach związanych z medycyną gdzie krytykując nadużycia „białych kitli” możemy łatwo stoczyć się w Otchłań (lub być jako Otchłań postrzegani). Akademiccy krytycy nowoczesności, czytelnicy Foucaulta, Agambena, Haraway, Braidotii i innych, moim zdaniem, często nie zdają sobie sprawy jak blisko są kontekstów, które nie są im chyba bliskie.

Niebezpieczeństwa krytycznego rozumu, który obraca się w niekrytyczną irracjonalność pokażę na przykładzie tekstu „Kilka uwag o państwie terapeutycznym” zamieszczonym na stronie „Nowa Debata„. Analizowałem już kiedyś neokolonialny i ocierający się o rasizm kulturowy tekst „Chora Afryka”.  Do zajęcia się zagadnieniem tekstem o  państwie terapeutycznym skłonił mnie ten wpis na blogu Marii Sobolewskiej. Zarówno jej osoba jak i blog to ważne centra, gwiazdy socjometryczne polskich środowisk skupionych wokół „medycyny alternatywnej”.  We wspomnianym wpisie p. Sobolewska używa cynicznie faktu, jakim jest śmierć Magdaleny Prokopowicz do promowania swojej wizji świata. Jednego ze zwolenników medycyny opartej na sprawdzalnych metodach (evidence based medicine) skłoniło to do deklaracji bezsilności.  To bardzo ciekawe przesunięcie, dotychczas często to strona przywiązana do medycyny opartej na sprawdzalnych metodach była oskarżana  z pozycji moralnych. Teraz widać jasno odwrócenie tej sytuacji.

Bycie zwolennikiem medycyny alternatywnej, postawa, która zgłasza pretensje do bycia korektą, głosem krytyki wobec  medycyny ujawniła swój najbardziej negatywny aspekt. Okazuje się, że krytyka nie służy korekcie, nie powoduje wzrostu samorefleksji. Krytyka nie stanowi elementu autokorekty to raczej element tego,  co Beck nazywa „wojnami cywilizacyjnymi o kształt nowoczesności”. Jednak wygrana „altmedu” spowoduje zniszczenie nowoczesności samej a nie jej samo-korektę.

Oto przykład głosu z okopów altmedu:

Pacjent świadomy i odpowiedzialny to pacjent, który nie pozwoli się oszukać, wykorzystać, ani tym bardziej uśmiercić. Dlatego system medyczny dąży do tego, żeby utrzymywać ludzi w całkowitej nieświadomości faktu, że istnieje możliwość skorzystania z pomocy konkurencji, czyli znakomicie działającej i skutecznej medycyny naturalnej, a nawet że sami mogą zadbać o swoje zdrowie i wyleczyć się nawet z najbardziej “złośliwych” nowotworów. Ten fakt nie tylko jest ukrywany, ale co gorsze straszy się ludzi natychmiastową śmiercią, jeśli nie skorzystają z oferty naukowej medycyny.

Wróćmy do tekstu  „Kilka uwag o państwie terapeutycznym„, jego analiza świetnie pokazuje pułapki (nad)krytyczności, która pod pozorem krytyki przyczynia się podmywania coraz słabszych struktur nowoczesności. Równocześnie krytyka taka nie jest w stanie pełnić roli mechanizmu korekcyjnego. Chciałbym żebysmy jednak zauważyli jak blisko jest omawianemu tekstowi do głosów obecnych szeroko w murach uniwersyteckich. Tekst „Kilka uwag o państwie terapeutycznym” mógłby być z aprobatą wygłoszny na konferencjach poświęconych biopolityce, medykalizacji, etc.  Co więcej mógłby się spotkac pewnie z aprobataą ze strony środowisk „krytycznych”, ze strony czytelników Agambena i Foucault.

Oddajmy głos autorom tekstu „Kilka uwag o państwie terapeutycznym”:

Analizując rolę medycyny we współczesnym świecie, należy spojrzeć na nią w kontekście tego, co za Thomasem Szaszem, nazywane bywa „państwem terapeutycznym”. W uproszczeniu, koncepcja ta określa system państwowych i związanych z państwem instytucji, które swoją legitymizację czerpią z zapewniania obywatelom zdrowia, a co za tym idzie zainteresowane są w medykalizacji coraz szerszej sfery ludzkiego życia – im więcej zachowań, stanów medycznych, dolegliwości uznanych zostanie za chorobę, tym większe możliwości działania i rozbudowy swoich wpływów i władzy mają aparaty zajmujące się zdrowiem.

Powyższy cytat wyrwany z kontekstu całego tekstu jak i artykułów proponowanych na  portalu „Nowa debata” brzmi jak krytyka w stylu Foucault czy Agambena. Powoływanie się na Tomasha Szasza pokazuje, że autorzy świadomie wpisują się w nurt krytyk powstałych wokół przełomu „rewolucji 1968”. Jednym z jej sztandarowych przykładów było powstanie nurtu antypsychiatrii czy psychiatrii humanistycznej. Psychiatria humanistyczna w stylu A. Kępińskiego kiedy stanowi uzupełnienie, korektę jest mechanizmem naprawczym wbudowanym w nowoczesność i jej struktury wiedzy. Co się dzieje kiedy się ona autonomizuje? Przykładem znamiennym jest sprawa Andrzeja Samsona, który był ikoną polskiego przełomu anty-psychiatrycznego. Kiedy opuszczamy bezpieczne mury „naukowości” nie oznacza to tylko wyzwolenia od tyranii technokratycznej medykalizacji oznacza to często też wędrówkę w obszary nieoznaczone, niepewne, niesprawdzalne. Ucieczka od władzy medykalizacji nie jest automatycznie wolnością.

Używanie narkotyków, palenie papierosów, nadmierne jedzenie, kradzieże w sklepach (kleptomania), zachowania seksualne, uprzedzenia rasowe, poglądy polityczne, żałoba, nieśmiałość, nieposłuszeństwo obywatelskie, samobójstwo, ciąża, narodziny, starość, śmierć – praktycznie wszystko może zostać uznane za chorobę albo symptom choroby. Pojawiają się coraz to nowe choroby jak syndrom chronicznego zmęczenia, fobia socjalna, małe piersi u kobiet, dysfunkcjonalność seksualna, łysienie, nowe choroby dziecięce, jak „nadpobudliwość” czy deficyt uwagi.

Znów cytat powyższy brzmi jak sensowna krytyka. Wiele obozów może zawiązać sojusz wokół tego cytatu: liberałowie, feministki, osoby przeciwstawiające się ageizmowi, etc. Gdzie zatem tkwi niebezpieczeństwo tego cytatu? Musimy spojrzeć na kontekst w jakim jest umieszczony. Czy dziś kiedy z takim trudem Obama próbuje przeforsować powszechną opiekę zdrowotną w USA, w Polsce obcina się masowo fundusze na ochronę zdrowia, leczenie malarii wciąż nie jest na liście priorytetów naprawdę grozi nam nadmierna medykalizacja. Pytanie brzmi o to o jakim zjawisku mówimy: krytykujemy nowoczesność jako dziecko nadziej Oświecenia, czy nowoczesność jako zjawisko powstałe w wyniku rozwoju kapitalizmu. W tym drugim wypadku zgoda, faktycznie w wielu krajach centrum, peryferyjnych i półperyferyjnych zarówno mamy do czynienia z „disease mongering”, niebezpiecznym splotem kapitału i medycyny. Rozwiązaniem nie jest jednak anty-nowoczesny backslash ale neo-Oświeceniowa korekta. Jeżeli „nauka” przegrywa z „kapitałem” nie należy walczyć z „nauką” ale z „kapitałem”. Niestety ambiwalencja nowoczesności, która jest jednocześnie wynikiem kapitalizmu (i jego dwuznaczności) i Oświecenia (które też samo wewnętrznie jest dwuznaczne) umyka często nadkrytycznym krytykom. Dość dobrze pokazywał to J. Habermas w swojej książce „Filozoficzny dyskurs nowoczesności”.

Ciekawe jest, że autorzy tekstu krytykują „państwo terapeutyczne” podczas gdy głównymi „czarnymi charakterami” są koncerny farmaceutyczne. Zamiast dostrzec palącą potrzebę wzmocnienia naszych wspólnotowych demokratycznych sposobów panowania nad kontrolowaniem innowacji naukowych w tym medycznych krytykując państwo osłabiają możliwości takiej kontroli. Spójrzmy na przydługi cytat:

Zjawiska te wpisują się w szerszą tendencję zapoczątkowaną około drugiej połowy lat 70. zeszłego stulecia, kiedy mur pomiędzy światem akademickim a światem korporacji zaczyna być stopniowo burzony za pomocą ciężkich pieniędzy z korporacji farmaceutycznych i biotechnologicznych płynących do niedofinansowanych uniwersytetów, do badaczy (biologów, genetyków etc.), którzy dostrzegli szansę na zarobienie tylu pieniędzy, co ich koledzy w sektorze prywatnym. Od końca lat 70. możliwe stało się w USA patentowanie odkryć biologicznych, technik biologicznych czy bytów biologicznych i robienie pieniędzy na ideach biologicznych. Za prezydentury Ronalda Reagana weszły w USA w życie ustawy zezwalające uniwersytetom na patentowanie, także w celu odsprzedawania praw patentowych, tych odkryć, które zostały sfinansowane z budżetu Narodowego Instytutu Zdrowia, zaczęły powstawać małe spółki biotechnologiczne tworzone przez naukowców, prowadzące badania i sprzedające licencje. Co trzeci lek znajdujący się obecnie na rynku jest produkowany przez wielkie korporacje na podstawie licencji odkupionej od uniwersytetu lub małej spółki biotechnologicznej, zwykle powiązanej przynajmniej personalnie z uniwersytetem. Zawiązał się komercyjny sojusz pomiędzy ośrodkami badawczymi, uniwersytetami i korporacjami farmaceutycznymi, możliwe stają się wspólne patenty korporacji, osób prywatnych i instytucji akademickich. Znaczna część naukowców biomedycznych mających finansowe powiązania z przemysłem farmaceutycznym prowadzi badania, których zasadniczym celem jest zidentyfikowanie rynków chorób i zapewnienie największych zysków na tych rynkach dla producentów leków. Powstała grupa naukowców-przedsiębiorców, uniwersytety zaczynają działać na takich zasadach jak koncerny. Cel, jakim było poszukiwanie prawdy, podporządkowany zostaje innym celom – poszukiwaniu zysku i bogactwa. Utajnia się wyniki badań i odkryć, aby konkurencja się nie dowiedziała. Brytyjski filozof nauki John Ziman nazywa to nauką postakademicką, w której nie obowiązują: tradycyjna ciekawość, pragnienie rozszerzenia wiedzy naukowej, bezinteresowne poszukiwanie prawdy, swobodna dyskusja. Mamy do czynienia z marketingiem i reklamą zawoalowanymi jako nauka, co podważa samą ideę uniwersytetu. Wszystkimi tymi problemami powinni zająć się bioetycy, ale okazuje się, że ośrodki Etyki Biomedycznej też są finansowane przez korporacje!

W swoim artykule „Big Pharma, Bad Science” na łamach „The Nation” (25.07.2002) Nathan Newman stwierdził: „korupcja sięga od lekarzy przepisujących leki po komisje rządowe i uniwersyteckie ośrodki badawcze”. Newman uważa, że przemysł farmaceutyczny zamienił ośrodki uniwersyteckie w swoje filie. Redaktorka „New England Journal of Medicine” Marcia Angell pytała na łamach pisma w 2000 roku, „Czy akademicka medycyna jest na sprzedaż?”. Pytanie chyba retoryczne. Profesor na Harvardzie Arnold Relman, były redaktor „New England Journal of Medicine”, który w 1980 roku dostrzegł powstanie „kompleksu medyczno-przemysłowego”, wypowiedział w 2002 roku ostre słowa: „Akademickie instytucje tego kraju stały się płatnymi agentami przemysłu farmaceutycznego”.

Podobnie korporacje traktują lekarzy, których najistotniejszą funkcją ma być przepisywanie leków. Mają oni działać jako ostatnie ogniwo „łańcucha żywieniowego” w kompleksie medyczno-przemysłowym, być dystrybutorami produktów, dostawcami leków do klienta, akwizytorami jednej z najbardziej zyskownych gałęzi przemysłu na naszej planecie. W całym tym przedsięwzięciu uczestniczą związki i stowarzyszenia lekarzy, również sponsorowane przez korporacje.

Bez uwzględnienia powyższych aspektów, bez zrozumienia mechanizmów działania państwa terapeutycznego, dyskusja o roli medycyny we współczesnym świecie jest tylko debatą pozorną.

Na końcu tej analizy pojawia się znów „państwo terapeutyczne” jako wróg i to po tym jak autorzy opisali (nie wnikam czy zgodnie ze stanem faktycznym) patologie wynikające z działań kapitału. Na tym polega zasadnicze niebezpieczeństwo i pułapki (nad)krytyczności – walcząc z przejawami nowoczesności (z jej dwuznacznościami) krytyka w swej totalizującej formie wyrzuca wszystko.  Nie ma różnicy pomiędzy kapitałem, polityką, nauką wraz z ich dwuznacznościami wszystko jako „postępowe” i „nowoczesne” uznane zostaje za jedno zjawisko.

Taki sposób krytyki nie stanowi formy emancypacji, nie prowadzi do zrozumienia splotów polityki i nauki. Nie pozwala  na wypracowanie demokratycznych narzędzi potrzebnych do korekty obecnych dziś tendencji technokratycznych czy przejawów nadmiernej medykalizacji. Reakcyjna (nad)krytyczność prowadzi nas na manowce nowych form bezrozumu. Dlaczego warto czytać takie teksty jak ten na portalu „Nowe debaty”? Choćby po to, że by zauważyć, że krytyka spod znaku Agambena, niektóre użytki z Foucault, które są  relatywnie bezpieczne w murach „Akademii” stosowane poza nią mogą postawić nas w nieciekawym towarzystwie. Krytyka nauki wewnątrz akademii wyniesiona na „zewnątrz” staje się czymś zupełnie innym a sojusznicy których zyskamy dość nieciekawi. Problemem jest to, że w refleksywnym świecie „społeczeństwa ryzyka” owa niegdyś podtrzymywana z trudem granica pomiędzy zewnętrzem a wewnętrznem,coraz bardziej się zaciera.

Pytanie brzmi jak równocześnie zachować korekcyjny charakter krytyki nie wpadając w (nad)krytyczność jako formę antynowoczesnego bezrozumu.

Na koniec filmik ku przestrodze, jedne z wielu podobnych dostępnych na „Uniwersytecie Youtube’a”.

 

/Andrzej „Fronesis”/

 
15 komentarzy

Opublikował/a w dniu Czerwiec 29, 2012 w sceptycznie

 

Tagi: , ,