RSS

Blogi zamiast egzaminów ustnych

Ponieważ moje wątpliwości co do akademickiej dynamiki wiedzy, w tym form jej sprawdzania, zamiast się wytłumiać, narastają, kontynuuję i rozszerzam stosowanie eksperymentalnych form zaliczania/egzaminowania. Dodatkowo wprowadzam pewną nowość. Dotychczas zaliczający „antropologię współczesności” mieli za zadanie robić aplikacje wybranych teorii. W tym roku blogowanie obejmuje jeszcze „teorię kultury” (na razie eksperymentalnie tylko pierwszy semestr) oraz nowy przedmiot „badanie kultury współczesnej”. W związku z tym, odgórnie wprowadziłem dwa typy notek: notki wyjaśniające (kawałek jakiejś teorii podany jak dla przedszkolaka) i notki aplikujące (czyli oglądanie wybranego kawałka świata poprzez jaką teorię).

Teraz, dlaczego?

Egzaminy ustne bądź pisemne sprawdzające opanowanie pamięciowe jakiegoś materiału ulokowane są w kulturze naukowej dziewiętnastego wieku i pierwszej połowy (właściwie trochę więcej) wieku dwudziestego. Książka drukowana jest niezwykle potężnym narzędziem gromadzenia wiedzy i manipulowania nią. Ale… Aby szybko wiedzą taką operować, zrobić na przykład aplikację jakiejś teorii która nie zajmie pięciu lat prac przygotowawczych, potrzeba ludzi, którzy wybranym zakresem materiału (książek) biegle się posługują. Przywołują treści, wiedzą co, gdzie się znajduje, potrafią twórczo krzyżować ze sobą wybrane wątki, motywy, dane.

Komputery oraz Internet zmieniają stan rzeczy. Nawet jeśli nie potraktujemy ich jako kolejnej warstwy mediów (jak chcą niektórzy badacze), a będą dla nas „jedynie” niezwykłą bazą danych, to już zmieniają całkowicie warunki gry. Zajęcia, które trwają semestr i oferują pobieżny przegląd jakiegoś obszaru (np. historia filozofii) przegrywają w dostępności informacji z jednym wieczorem intensywnego sieciowania. Olbrzymie zakresy informacji, które wcześniej były możliwe do zoperacjonalizowania jedynie dzięki zapamiętaniu, teraz są na odległość kliknięcia lewym klawiszem myszki (dwóch stuknięć touchpadu). Edukacja nie przestała być potrzebna, oczywiście, ale całkowicie zmieniły się kryteria jej efektywności.

Podobnie dzieje się z rolą wykładowcy. Jeśli przyjmę (absurdalną) rolę konkurującego z Internetem (w zakresie wiedzy), to szanse sukcesu (jakiegokolwiek) są marne. Raczej należy zmienić rolę, a sieć potraktować jako normalny, istotny element otoczenia (kulturowego i edukacyjnego), w tym jako jedno z narzędzi w procesie kształcenia.

Do sedna, czyli do sprawdzianów. Egzaminy nakazujące odtwarzać z pamięci pewne treści wyraźnie więc należą do innej kultury, nawet jeśli jeszcze siłą inercji są nadal wszechobecne. Ważniejsze zdaje mi się to, co zupełnie podstawowe dla badacza kultury (z dowolnej subdziedziny) – umiejętność aplikowania teorii, ram interpretacyjnych, pojęć, perspektyw oraz zdolność do przełączania się między nimi.

Blogi jako forma zaliczenia mają jeszcze wymiar kulturowo-polityczny. Egzaminacyjnych prac pisemnych nikt nie czyta (niejednokrotnie wliczając w to egzaminatora), egzaminy ustne są próżnym popisem. Dobrze zrobione notki na blogu mogą z kolei przyczynić się do upubliczniania ezoterycznej, akademickiej wiedzy opowiadając się tym samym przeciw jej prywatyzowaniu i grodzeniu dostępu do niej, spełniając tym samym jedno z oświeceniowych marzeń.

Zdecydowałem się na kontynuowanie eksperymentu blogowego, bo jeśli nie będą robiły to osoby, które tak jak ja, podają jako profesjonalne zainteresowania socjologię wiedzy, czy teorię kultury, to kto inny ma to zrobić?

I jeszcze notka na marginesie – pamiętać należy, że krajobraz wiedzy nie jest jednolity i rzecz jasna istnieją obszary, gdzie pamiętanie dużych ilości informacji jest istotne. Są takie, gdzie taka pamięciówka jest jednym z warunków wejścia w pole, są też takie, gdzie pamięciówka towarzyszy działaniu w danym polu.
Notka uzupełniająca: pierwszy egzemplarz tego wpisu powędrował na mojego bloga, ale wrzucam go również tutaj. Tam pojawił się, bo dotyczy organizacji mojej organizacji pracy ze studentami w tym roku akademickim, tutaj, ponieważ dotyczy struktur wiedzy.

Krzysztof

 
3 komentarze

Opublikował/a w dniu Październik 14, 2012 w lokalnie

 

Tagi: , , , ,

Społeczeństwo wiedzy i jego otwartość

Miałem dziwne życzenie, chciałem wypożyczyć książkę z mojej biblioteki wydziałowej. Perwersyjność tego pomysłu polegała na tym, że pożądana, przeze mnie książka jest w języku angielskim, co więcej miała dotyczyć problemów społeczeństwa wiedzy.

Tytuł książki jest ważny w kontekście poniższej notki: „Knowledge societies” napisana przez Nico Stehr. Uczciwie rzecz ujmując, nie jestem pewien czy to dobra książka. Pisząc jednak teraz książkę z obszaru socjologii wiedzy, zapoznanie się z tą pozycją traktowałem jako zwykły, rzemieślniczy obowiązek.

Gdy chciałem ją zamówić, ukazał mi się taki oto gorzko – ironiczny komunikat:

Kolekcja jest zamknięta, książka jest wypożyczona do 2025 roku, czy można lepiej skomentować polskie społeczeństwo oparte na wiedzy? Oceniani jesteśmy w trybie rocznym, dydaktykę prowadzimy w trybie semestralnym. Doktoranci/tki muszą bić się o stypendia, wykazywać w trybie 9 miesięcznych w sumie okresów (rok akademicki). Książkę natomiast możemy wypożyczyć najszybciej za 13 lat. Na habilitację jest lat oficjalnie przeznaczonych 8 lat. Rożne struktury, różne prędkości.

Ciekawszy niż wątek szybkości i jej relatywizacji do struktur, jest wątek finansowy. Żyjemy w kapitalizmie, wszyscy wokół pytają o pieniądze. Zapytajmy i my.

Kto zakupił ta książkę, za czyje pieniądze. Czy to pieniądze z funduszy biblioteki, czyjś grant? W przypadku funduszy bibliotecznych warto zapytać co uzasadnia zamknięcie kolekcji – jej stan, brak pomieszczeń?

W  wypadku grantu po jego zakończeniu książki powinny być powszechnie dostępne. Granty są opłacane z pieniędzy publicznych (czy to podatnika polskiego czy europejskiego). Nie sadzę, żeby jakiś grant trwał jeszcze 13 lat (nie wiem kiedy kolekcję „zamknięto”).

Jeżeli kolekcja zamknięta jest fundowana przez prywatny fundusz, który zastrzegł dostęp do książek, chciałbym wiedzieć kto jest tym fundatorem. Nie jest to jedyna książka z data wypożyczenia do 2025 roku, którą napotkałem w katalogu, ta pozycja wydawała mi się w tym kontekście najbardziej ironiczna.

p.s. Postaram się przeprowadzić małe „śledztwo obywatelskie”, o wynikach poinformuję w terminie późniejszym.

/Andrzej „Fronesis”/

 
8 komentarzy

Opublikował/a w dniu Październik 10, 2012 w lokalnie

 

Tagi: , ,

Banalność racjonalności (i nauki)

Wakacje to okres lektur lżejszych i często przypadkowych. Każdy urlop to pozycje do pociągu, samolotu, nad jezioro, część z nich potrafi być inspirująca i zaskakująca. Właśnie na taką pozycję trafiłem.

Książką tą jest „Potęga checklisty. Jak opanować chaos i zyskać swobodę w działaniu” autorstwa Atula Gawande.

 Autor jest amerykańskim chirurgiem i sławą literatury popularno-naukowej (samolotowo – pociągowej). Książka zawiera szereg przykładów na sposoby radzenia sobie ze złożonością – od opisu procedury cewnikowania, zestawu procedur dla chirurgów, budowy drapaczy chmur po prowadzenie samolotów. Sama książka choć prosta i właściwie nigdzie wprost nie odnosi się do nauki w mocnym sensie (science) mówi więcej o naturze racjonalności naukowej niż twórczość filozofów (szczególnie spod znaku filozofii analitycznej). Potraktowanie książki zbyt dosłownie może zmylić, przecież jest to książka popularna, dziennikarska a nie wykład akademicki czy studium.

Co jednak tak ważnego możemy się z niej dowiedzieć o strukturach wiedzy, specyfice racjonalności, że postanowiłem zadać sobie trud napisania tej krótkiej recenzji. To co w tej książce najważniejsze,  to pokazanie racjonalności i redukcji złożoności jako banału, zespołu procedur, często głównie manualnych. Racjonalność redukcja złożoności to szereg podpunktów na kartce, to zapisanie kroków, algorytmu działania, to pokolorowanie pisakami zadań tak je szybko klasyfikować w odpowiednie grupy (przykładowo ze względu na ich funkcjonalne podobieństwo).

Lista kontrolna (checklista) – bohaterka książki to cicha bohaterka nie tylko pokazująca w jaki sposób radzimy sobie ze złożonością w codziennych czynnościach. Lista kontrolna to też bardziej poważna dyskusja nad tym czym jest racjonalność (w tym naukowa). Lista kontrolna, procedury to przykład na to, że nauka nie opiera się na genialnych jednostkach (ze specjalnymi mózgami) ale raczej na dziesiątkach drobnych, nieznaczących procedur. Procedur, które są zestandaryzowane, stabilizują nasze działanie oraz stanowią ważny element komunikacji zespołowej (oraz auto-komunikacji). To ostatnie to banalna potrzeba samokontroli i autokorekty naszych działań.

Listy kontrolne, drukowane fiszki, tabele, białe tablice i pisaki  to sposoby redukcji, które zapewniły sukces fundujący nowoczesność i nierozerwalnie związane z nią standardy naukowości i racjonalności.

Naukowcy nie różnią się od nie-naukowców wielkością mózgów, kulturą, sposobem życia, IQ. To co ich różni to możliwość „manipulacji” światem dzięki procedurom jego „zmniejszania”. To było możliwe dzięki drukowi, powstaniu map, formularzy tabel, etc. Opisywana przez Gawande lista kontrolna to świetny przykład takiego „zmniejszania” świata tak aby stał się manipulowalny.  Tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej o „zmniejszaniu” świata oraz o „banalności” nauki i racjonalności  odsyłam do świetnego tekstu Bruno Latoura „Wizualizacja i poznanie” w najnowszym numerze pisma „Avant”.

Procedury, sprawdzalność, powtarzalność, sprowadzanie złożoności do sekwencji, czegoś co da się uchwycić to także ważny element demarkacyjny wiedzy racjonalnej, naukowej od paranauk i pseudonauki. Dobrze to wiedzą dyskutanci na blogu Barta,  gdy używają argumentu z „podwójnej ślepej próby”.

Naukowcy nie są „mądrzejsi” od pseudonaukowców, nie jest tez prawdziwe stwierdzenie odwrotne. Procedura medyczna oprata o „evidence-based medicine” jest przede wszystkim „nauczalna” i może być sprowadzona do szeregu instrukcji, list kontrolnych, procedur.

W większości przypadków nie da się powiedzieć tego o tzw. medycynie alternatywnej.  Tam nie raz też mamy do czynienia z procedurami, ale z reguły zawierają one „luki ontologiczne”. Czym one są? To przerwa, wyrwa w szeregu działań, procedur, która wymaga porzucenia lokalnej  „ontologii”. Gdzieś po drodze następują tajemnicze „czary – mary”. Czymś takim jest wymóg „postrząsania” w sporządzaniu roztworów w homeopatii. Tu dochodzimy do ważnego momentu, same procedury, listy kontrolne oczywiście nie wystarczą, one są elementem sieci w której funkcjonują i są wytwarzane fakty naukowe. „Potrząsanie”, „pukanie” roztworem jako przykład, że trzymanie się tylko procedur nie wystarcza prowadzi na manowce.

Dobrze widać, że procedury nie są jedynym i wystarczającym warunkiem naukowości gdy przyjrzymy się bardzo znanemu modelowi „krążenia” faktów naukowych zaczerpniętemu z książki Bruno Latoura Pandora’s hope. W rysunku poniżej mamy pięć  „pętli”, które połączone razem miały stanowić model praktyki naukowej. Wymieńmy je: mobilizowanie świata, autonomizacja, sprzymierzeńcy, reprezentacja publiczna, powiązania i węzły. Mobilizowanie świata to „pakowanie świata w słowa”, to praktyka laboratoryjna, eksperyment, możliwość studiowania „księgi natury”. Autonomizacja to wpisywanie się w rolę zawodową, funkcjonowanie w ramach kolektywów badawczych (używając terminu Flecka). Sprzymierzeńcy to przede wszystkim pozyskiwanie funduszy, instytucjonalizacja „zainteresowania” (co dobrze pokazywał cytat dotyczący Pasteura), reprezentacja publiczna to „oswajanie” ludzi z badaniami, budowanie zaufania do nauki, relacje z mediami i teksty popularnonaukowe. Wreszcie powiązania i węzły to pętla nauki, która łączy wszystkie inne pętle. Są one od siebie bowiem nierozdzielne.

Waga procedur, list kontrolnych, redukcja złożoności poprzez „delegowanie” do zespołowo koordynowanych i prostych półautomatycznych procedur to ważny element obecny właściwe w każdej z powyższych „pętli”. Dopiero całość obrazu (wszystkie pętle) tworzą fakt naukowy. Kolektywem z procedurami ale bez mobilizacji świata (instrumentów i laboratoryjnego pakowania „rzeczy” w słowa) może być choćby każda zrytualizowana sekta spod znaku „świętego granatu ręcznego”:

Książka Gawande (oraz oczywiście teksty Bruno Latoura) to także silny głos przeciwko figurze „samotnego kowboja” jako symbolu błędnego rozumienia tego jak powstaje wiedza. To nie samotni geniusze (obojętnie czy to mistrzowie murarscy czy chirurdzy) są kluczowi dla nauki i wiedzy ale zespoły i procedury. Oczywiście czytając o  listach kontrolnych, zespołach badawczych, procedurach wydaje się, że przecież to oczywiste i banalne. Polecam jednak mały eksperyment, proszę zapoznać się ze standardowymi książkami z zakresu filozofii nauki dostępnymi w Polsce i proszę spróbować znaleźć tą „banalną” ale fundamentalną cechę wiedzy racjonalnej i naukowej.

Na koniec polecam posłuchać samego  autora:

Andrzej „Fronesis”

 
13 komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 18, 2012 w Recenzje

 

Tagi: , , ,

Niezamierzone konsekwencje antypsychiatrii

Zwolennicy medycyny alternatywnej konstruując za Thomasem Szaszem państwo terapeutyczne, tworzą teoretyczną efermerydę, pozbawiony kontaktu z rzeczywistością model idealny wszędobylskiej władzy. Pół biedy, gdyby chodziło jedynie o przyczynek do filozofii władzy á la Foucault. Stawka jest jednakże dużo poważniejsza. Chodzi bowiem z jednej strony o konkretne usytuowanie działania współczesnej medycyny, o zrozumienie jej mechanizmów i związanych z nią zagrożeń. Z drugiej zaś, o wymiar praktyczny, czyli realne zachowanie pacjentów. W obydwu przypadkach koncepcja państwa terapeutycznego nie tyle trafia kulą w płot, co tworzy szkodliwą społecznie wiedzę.

Powoływanie się w krytyce koncernów farmaceutycznych na ruch antypsychiatryczny jest chyba najlepszym przykładem mobilizowania przez zwolenników medycyny alternatywnej zasobów, których nie do końca oni rozumieją. Patrząc bardzo powierzchownie, trudno nie zgodzić się z tym, że antypsychiatria miała na celu uczynienie medycyny, głównie w zakresie leczenia chorób psychicznych, bardziej humanitarną. Jej postulaty, jak wówczas sądzono, wymierzone były przeciwko naukowemu redukcjonizmowi (sprowadzającemu ludzki umysł i ludzkie zdrowie psychiczne jedynie do czynników biologicznych), który w rękach wszechwładnej władzy stawał się narzędziem represji zwykłych ludzi. Gdy przyjrzymy się jednakże bliżej, to uświadomimy sobie, że antypsychiatria sama stała się narzędziem w procesie, który z taką siłą krytykowała. Bez antypsychiatrii nie byłoby bowiem boomu farmakologii, przyspieszonej biomedykalizacji, deregulacji rynku farmaceutycznego.

Przywołując antypsychiatrię zapomina się o tym, że w czasie jej powstania głównym paradygmatem w badaniu chorób psychicznych była psychoanaliza i jej wykładnia psychodynamiczna, główną metodą leczenia zaś psychoterapie, zwane potocznie talk therapies. W przypadku najsilniejszych zaburzeń wykorzystywano zarówno leczenie farmakologiczne, jak i elektrowstrząsy. Wszystko to odbywało się w murach specjalnych ośrodków odosobnienia, pod nadzorem pielęgniarek i lekarzy. Antypsychiatryczna krytyka doprowadziła jednakże do deinstytucjonalizacji, czyli znacznego zredukowania instytucjonalnej opieki zdrowotnej w zakresie chorób psychicznych i w rezultacie do oddelegowania leczenia terapeutycznego do gabinetów lekarskich czy lokalnych struktur służby zdrowia. Najlepszym wyrazem krytyki instytucjonalnej krytyki psychiatrii amerykańskiej jest książka Kena Keseya Lot na kukułczym gniazdem:


Antypsychiatria krytykując ówczesne instytucje opieki zdrowotnej jednocześnie krytykowała dominujący wówczas paradygmat myślenia o chorobach psychicznych. Wbrew jej przedstawicielom, nie dominował wówczas biologiczny redukcjonizm, lecz psychoanaliza. Kulturowa moda na antypsychiatrię spowodowała odwrót od tego drugiego paradygmatu, co umożliwiło przeforsowanie w instytucjach zajmujących się regulacją opieki psychiatrycznej naturalistycznego definiowania chorób. Najlepiej widać to, analizując proces powstawania podręcznika diagnostycznego, który zrewolucjonizował psychiatrię amerykańską. DSM-III powstawał od połowy lat 70, jego wydanie miało miejsce w roku 1980, czyli długo po ruchu antypsychiatrycznym. Nowy podręcznik diagnostyczny powstał na fali kulturowej krytyki psychoanalitycznie zorientowanej psychiatrii, z powodu niewydolności państwa w refundowaniu talk therapies, a także z uwagi na niską rzetelność stawianych przez lekarzy diagnoz. Co najważniejsze, twórcy DSM-III, z Robertem Spitzerem na czele, nie byli wiernymi czytelnikami Freuda, lecz Emila Kraepelina. Ten austriacki psychiatria, żyjący na przełomie XIX i XX w., uważał, że choroba psychiczna jest przede wszystkim stanem biologicznym, jego leczenie zaś jest oddziaływaniem na organizm. Taka definicja ma oczywiście olbrzymie konsekwencje, wiąże bowiem etiologię, diagnostykę i terapię z naukami empirycznymi na niespotykaną dotąd skalę. Zwłaszcza w tym ostatnim przypadku, paradygmat naturalistyczny znacząco ułatwia zwrot w leczeniu ku psychofarmakologii. Z uwagi na fakt, że antypsychiatria stworzyła społeczny klimat do tego, aby krytykować psychoanalizę i psychiatrię w ogóle, to w rezultacie umożliwiła większe znaturalizowanie dyskursu medycznego, a co za tym idzie, nastanie kulturowej mody na farmakologię. Paradoksalnie, antypsychiatria krytykując opresyjne aparaty państwa nie zauważyła, że jej kontestacja może skonstruować nowego, silniejszego wroga, jakim są koncerny farmaceutyczne. Powoływanie się w związku z tym w krytyce firm produkujących leki na ruch antypsychiatryczny jest jakimś nieporozumieniem.

Co więcej, postulowana przez antypsychiatrię deinstytucjonalizacja nie przyhamowała wcale procesu medykalizacji, tylko przesunęła go na inny obszar. Postulat, aby samemu dbać o własne zdrowie i nie polegać jedynie na instytucjach medycznych doprowadził do nastania mody na leki life style‚owe w połowie lat 80, których przepisywania domagali się od lekarzy pacjenci. Deinstytucjonalizacja sprawiła bowiem, że kwestia zdrowia psychicznego stała się sprawą indywidualną, moralnym zobowiązaniem jednostki, o którego wypełnieniu powinna sama zabiegać. Antypsychiatryczny postulat subiektywizowania stanu własnego organizmu w połowie lat 80 został powiązany z neoliberalną ideologią opiewania indywidualności, a w przypadku zdrowia, z moralnym nakazem, aby nie tyle ciągle się leczyć, ale żeby bezustannie być zdrowym. Również w tym przypadku, antypsychiatria wywołuje nieoczekiwane konsekwencje, które mogą okazać się korzystne dla interesów koncernów farmaceutycznych. Jeżeli bowiem sam wiem lepiej co mi dolega, bo sam znam swój organizm (a tak naprawdę wiem co mi dolega, bo wszyscy mają depresję, ADHD czy zaburzenia erekcji, więc mam i ja), to pójdę do lekarza z gotową diagnozą, wymuszę na nim przepisanie mi Prozacu, Ritalinu czy Viagry. Bo przecież kulturowo rzecz biorąc instytucja lekarza czy naukowca jest o wiele bardziej skompromitowana, niż potoczna wiedza, którą dostarcza mi Internet, telewizja czy przyjaciele. Niestety…

Warto tu zwrócić uwagę, że krytykując negatywne powiązania rynku farmaceutycznego i nauki czy medycyny można sięgnąć do zupełnie innych zasobów oraz że nie trzeba ucinać gałęzi na której się siedzi. W polskiej literaturze istnieje bardzo bogata tradycja socjologii medycyny, która badała społeczne usytuowanie ludzkiego zdrowia. Sięgnięcie do prac Magdaleny Sokołowskiej mogłoby stać się naukowym dopełnieniem paradygmatu biologicznego w myśleniu o zdrowiu psychicznym. Być może analiza socjologiczna tego typu nie skazywałaby nas ani na zbytni redukcjonizm biologiczny, ani na wyrzekanie się prawomocności nauk empirycznych. Ponadto, nawet w przypadku lekarzy-praktyków, którzy nie godzą się na hegemonię wyjaśnienia naturalistycznego istnieje wielu, którzy są w stanie wyważyć swoje stanowisko, pokazując, że krytyka farmakologii nie oznacza jej negacji, ani kryjącej się za nią racjonalności naukowej. Takim przykładem jest Lawrence H. Diller, autor książki opisującej kontrowersję wokół ADHD, w którą zamieszani są i naukowcy, i lekarzy, i koncerny. Mając świadomość naddiagnozowania, nadużywania leczenia farmakologicznego, skutków ubocznych zażywania Ritalinu, postuluje on w swojej książce, aby terapia ADHD miała charakter wieloczynnikowy, aby równoważyła elementy psychoterapii z farmakologią. Dlaczego tak uważa? Przede wszystkim dlatego, że jest to rozsądne i pożyteczne dla pacjenta. O tych dwóch rzeczach, zwolennicy medycyny alternatywnej zwykli chyba zapominać.

PS: Odsyłam również do artykułu na temat wykorzystania tybetańskiej medycyny alternatywnej przez koncerny farmaceutyczne, co pokazuje, że również ten zasób w medycznej wojnie o pacjenta może być problematyczny.

/Michał Wróblewski/

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Czerwiec 30, 2012 w sceptycznie

 

Tagi:

Pułapki (nad)krytycznego (bez)rozumu

Krytyka nowoczesności i nowoczesnych struktur wiedzy jest tak wiekowa jak sama nowoczesność. Krytyka ta miał różną dynamikę, związana była z wieloma interesami, wynikała z wielu (często sprzecznych) pobudek ideowych. Od klasycznego konserwatyzmu spod znaku de Maistre’a po pesymistycznych krytyków kultury  z okresu międzywojnia: M. Heidegger, E. Jünger, C. Schmitt czy z innej tradycji politycznej T. Adorno. Kolejnym silnym momentem w którym krytyka nowoczesności się rozwijała była „rewolucja 1968„.  Ostatnią z fal krytyki był, przemijający dziś postmodernizm. Pomiędzy falą rewolucji 1968 a okresem fascynacji postmodernizmem w tle rozwijała się krytyka nowoczesności spod znaku „Nowej Ery” (New Age).

Można zaryzykować za I. Wallersteinem i częściowo U. Beckiem, że do 1968 roku mieliśmy do czynienia z dość klarownym układem: postęp i nowoczesność były ze sobą tożsame, krytyka nowoczesności (i nowoczesnych struktur wiedzy) przebiegała z pozycji konserwatywnych, anty-nowoczesnych, anty-postępowych, anty-naukowych.

Jeżeli przyjmiemy za Beckiem, że dziś mamy do czynienia raczej z nową fazą nowoczesności, to powyższy układ uległ znacznemu skomplikowaniu. Nowoczesność pierwsza (prosta) rozwijała się zawłaszczając  zewnętrzne w stosunku do niej (podbój przyrody, kolonizacja, medykalizacja etc.). Nowoczesność druga jest samo-zwrotna, pożera samą siebie. Beck nazywa to chwytnie choć myląco – społeczeństwem ryzyka. Widać jego przejawy dzięki kryzysom ekologicznym,  problemom wywoływanym przez innowacje techniczne, etc. Dziś być nowoczesnym (w jej refleksywnym sensie) to trudne zadanie, to konieczność równoczesnego uprawiania krytyki negatywnych skutków nowoczesności i równoczesna obrona tej nowoczesności. Nowoczesność bezkrytyczna spowoduje, że nie widzimy skutków ubocznych, które są wytwarzane, (nad)krytyczność spowoduje zniszczenie nowoczesności samej. To samo dotyczy uwikłania rozwiniętych w nowoczesności  i wciąż w nią uwikłanych struktur wiedzy.

Krytyka nowoczesnych wiedzy (szerzej nauki) to trudne zadanie, najlepiej to widać na przykładach związanych z medycyną gdzie krytykując nadużycia „białych kitli” możemy łatwo stoczyć się w Otchłań (lub być jako Otchłań postrzegani). Akademiccy krytycy nowoczesności, czytelnicy Foucaulta, Agambena, Haraway, Braidotii i innych, moim zdaniem, często nie zdają sobie sprawy jak blisko są kontekstów, które nie są im chyba bliskie.

Niebezpieczeństwa krytycznego rozumu, który obraca się w niekrytyczną irracjonalność pokażę na przykładzie tekstu „Kilka uwag o państwie terapeutycznym” zamieszczonym na stronie „Nowa Debata„. Analizowałem już kiedyś neokolonialny i ocierający się o rasizm kulturowy tekst „Chora Afryka”.  Do zajęcia się zagadnieniem tekstem o  państwie terapeutycznym skłonił mnie ten wpis na blogu Marii Sobolewskiej. Zarówno jej osoba jak i blog to ważne centra, gwiazdy socjometryczne polskich środowisk skupionych wokół „medycyny alternatywnej”.  We wspomnianym wpisie p. Sobolewska używa cynicznie faktu, jakim jest śmierć Magdaleny Prokopowicz do promowania swojej wizji świata. Jednego ze zwolenników medycyny opartej na sprawdzalnych metodach (evidence based medicine) skłoniło to do deklaracji bezsilności.  To bardzo ciekawe przesunięcie, dotychczas często to strona przywiązana do medycyny opartej na sprawdzalnych metodach była oskarżana  z pozycji moralnych. Teraz widać jasno odwrócenie tej sytuacji.

Bycie zwolennikiem medycyny alternatywnej, postawa, która zgłasza pretensje do bycia korektą, głosem krytyki wobec  medycyny ujawniła swój najbardziej negatywny aspekt. Okazuje się, że krytyka nie służy korekcie, nie powoduje wzrostu samorefleksji. Krytyka nie stanowi elementu autokorekty to raczej element tego,  co Beck nazywa „wojnami cywilizacyjnymi o kształt nowoczesności”. Jednak wygrana „altmedu” spowoduje zniszczenie nowoczesności samej a nie jej samo-korektę.

Oto przykład głosu z okopów altmedu:

Pacjent świadomy i odpowiedzialny to pacjent, który nie pozwoli się oszukać, wykorzystać, ani tym bardziej uśmiercić. Dlatego system medyczny dąży do tego, żeby utrzymywać ludzi w całkowitej nieświadomości faktu, że istnieje możliwość skorzystania z pomocy konkurencji, czyli znakomicie działającej i skutecznej medycyny naturalnej, a nawet że sami mogą zadbać o swoje zdrowie i wyleczyć się nawet z najbardziej “złośliwych” nowotworów. Ten fakt nie tylko jest ukrywany, ale co gorsze straszy się ludzi natychmiastową śmiercią, jeśli nie skorzystają z oferty naukowej medycyny.

Wróćmy do tekstu  „Kilka uwag o państwie terapeutycznym„, jego analiza świetnie pokazuje pułapki (nad)krytyczności, która pod pozorem krytyki przyczynia się podmywania coraz słabszych struktur nowoczesności. Równocześnie krytyka taka nie jest w stanie pełnić roli mechanizmu korekcyjnego. Chciałbym żebysmy jednak zauważyli jak blisko jest omawianemu tekstowi do głosów obecnych szeroko w murach uniwersyteckich. Tekst „Kilka uwag o państwie terapeutycznym” mógłby być z aprobatą wygłoszny na konferencjach poświęconych biopolityce, medykalizacji, etc.  Co więcej mógłby się spotkac pewnie z aprobataą ze strony środowisk „krytycznych”, ze strony czytelników Agambena i Foucault.

Oddajmy głos autorom tekstu „Kilka uwag o państwie terapeutycznym”:

Analizując rolę medycyny we współczesnym świecie, należy spojrzeć na nią w kontekście tego, co za Thomasem Szaszem, nazywane bywa „państwem terapeutycznym”. W uproszczeniu, koncepcja ta określa system państwowych i związanych z państwem instytucji, które swoją legitymizację czerpią z zapewniania obywatelom zdrowia, a co za tym idzie zainteresowane są w medykalizacji coraz szerszej sfery ludzkiego życia – im więcej zachowań, stanów medycznych, dolegliwości uznanych zostanie za chorobę, tym większe możliwości działania i rozbudowy swoich wpływów i władzy mają aparaty zajmujące się zdrowiem.

Powyższy cytat wyrwany z kontekstu całego tekstu jak i artykułów proponowanych na  portalu „Nowa debata” brzmi jak krytyka w stylu Foucault czy Agambena. Powoływanie się na Tomasha Szasza pokazuje, że autorzy świadomie wpisują się w nurt krytyk powstałych wokół przełomu „rewolucji 1968”. Jednym z jej sztandarowych przykładów było powstanie nurtu antypsychiatrii czy psychiatrii humanistycznej. Psychiatria humanistyczna w stylu A. Kępińskiego kiedy stanowi uzupełnienie, korektę jest mechanizmem naprawczym wbudowanym w nowoczesność i jej struktury wiedzy. Co się dzieje kiedy się ona autonomizuje? Przykładem znamiennym jest sprawa Andrzeja Samsona, który był ikoną polskiego przełomu anty-psychiatrycznego. Kiedy opuszczamy bezpieczne mury „naukowości” nie oznacza to tylko wyzwolenia od tyranii technokratycznej medykalizacji oznacza to często też wędrówkę w obszary nieoznaczone, niepewne, niesprawdzalne. Ucieczka od władzy medykalizacji nie jest automatycznie wolnością.

Używanie narkotyków, palenie papierosów, nadmierne jedzenie, kradzieże w sklepach (kleptomania), zachowania seksualne, uprzedzenia rasowe, poglądy polityczne, żałoba, nieśmiałość, nieposłuszeństwo obywatelskie, samobójstwo, ciąża, narodziny, starość, śmierć – praktycznie wszystko może zostać uznane za chorobę albo symptom choroby. Pojawiają się coraz to nowe choroby jak syndrom chronicznego zmęczenia, fobia socjalna, małe piersi u kobiet, dysfunkcjonalność seksualna, łysienie, nowe choroby dziecięce, jak „nadpobudliwość” czy deficyt uwagi.

Znów cytat powyższy brzmi jak sensowna krytyka. Wiele obozów może zawiązać sojusz wokół tego cytatu: liberałowie, feministki, osoby przeciwstawiające się ageizmowi, etc. Gdzie zatem tkwi niebezpieczeństwo tego cytatu? Musimy spojrzeć na kontekst w jakim jest umieszczony. Czy dziś kiedy z takim trudem Obama próbuje przeforsować powszechną opiekę zdrowotną w USA, w Polsce obcina się masowo fundusze na ochronę zdrowia, leczenie malarii wciąż nie jest na liście priorytetów naprawdę grozi nam nadmierna medykalizacja. Pytanie brzmi o to o jakim zjawisku mówimy: krytykujemy nowoczesność jako dziecko nadziej Oświecenia, czy nowoczesność jako zjawisko powstałe w wyniku rozwoju kapitalizmu. W tym drugim wypadku zgoda, faktycznie w wielu krajach centrum, peryferyjnych i półperyferyjnych zarówno mamy do czynienia z „disease mongering”, niebezpiecznym splotem kapitału i medycyny. Rozwiązaniem nie jest jednak anty-nowoczesny backslash ale neo-Oświeceniowa korekta. Jeżeli „nauka” przegrywa z „kapitałem” nie należy walczyć z „nauką” ale z „kapitałem”. Niestety ambiwalencja nowoczesności, która jest jednocześnie wynikiem kapitalizmu (i jego dwuznaczności) i Oświecenia (które też samo wewnętrznie jest dwuznaczne) umyka często nadkrytycznym krytykom. Dość dobrze pokazywał to J. Habermas w swojej książce „Filozoficzny dyskurs nowoczesności”.

Ciekawe jest, że autorzy tekstu krytykują „państwo terapeutyczne” podczas gdy głównymi „czarnymi charakterami” są koncerny farmaceutyczne. Zamiast dostrzec palącą potrzebę wzmocnienia naszych wspólnotowych demokratycznych sposobów panowania nad kontrolowaniem innowacji naukowych w tym medycznych krytykując państwo osłabiają możliwości takiej kontroli. Spójrzmy na przydługi cytat:

Zjawiska te wpisują się w szerszą tendencję zapoczątkowaną około drugiej połowy lat 70. zeszłego stulecia, kiedy mur pomiędzy światem akademickim a światem korporacji zaczyna być stopniowo burzony za pomocą ciężkich pieniędzy z korporacji farmaceutycznych i biotechnologicznych płynących do niedofinansowanych uniwersytetów, do badaczy (biologów, genetyków etc.), którzy dostrzegli szansę na zarobienie tylu pieniędzy, co ich koledzy w sektorze prywatnym. Od końca lat 70. możliwe stało się w USA patentowanie odkryć biologicznych, technik biologicznych czy bytów biologicznych i robienie pieniędzy na ideach biologicznych. Za prezydentury Ronalda Reagana weszły w USA w życie ustawy zezwalające uniwersytetom na patentowanie, także w celu odsprzedawania praw patentowych, tych odkryć, które zostały sfinansowane z budżetu Narodowego Instytutu Zdrowia, zaczęły powstawać małe spółki biotechnologiczne tworzone przez naukowców, prowadzące badania i sprzedające licencje. Co trzeci lek znajdujący się obecnie na rynku jest produkowany przez wielkie korporacje na podstawie licencji odkupionej od uniwersytetu lub małej spółki biotechnologicznej, zwykle powiązanej przynajmniej personalnie z uniwersytetem. Zawiązał się komercyjny sojusz pomiędzy ośrodkami badawczymi, uniwersytetami i korporacjami farmaceutycznymi, możliwe stają się wspólne patenty korporacji, osób prywatnych i instytucji akademickich. Znaczna część naukowców biomedycznych mających finansowe powiązania z przemysłem farmaceutycznym prowadzi badania, których zasadniczym celem jest zidentyfikowanie rynków chorób i zapewnienie największych zysków na tych rynkach dla producentów leków. Powstała grupa naukowców-przedsiębiorców, uniwersytety zaczynają działać na takich zasadach jak koncerny. Cel, jakim było poszukiwanie prawdy, podporządkowany zostaje innym celom – poszukiwaniu zysku i bogactwa. Utajnia się wyniki badań i odkryć, aby konkurencja się nie dowiedziała. Brytyjski filozof nauki John Ziman nazywa to nauką postakademicką, w której nie obowiązują: tradycyjna ciekawość, pragnienie rozszerzenia wiedzy naukowej, bezinteresowne poszukiwanie prawdy, swobodna dyskusja. Mamy do czynienia z marketingiem i reklamą zawoalowanymi jako nauka, co podważa samą ideę uniwersytetu. Wszystkimi tymi problemami powinni zająć się bioetycy, ale okazuje się, że ośrodki Etyki Biomedycznej też są finansowane przez korporacje!

W swoim artykule „Big Pharma, Bad Science” na łamach „The Nation” (25.07.2002) Nathan Newman stwierdził: „korupcja sięga od lekarzy przepisujących leki po komisje rządowe i uniwersyteckie ośrodki badawcze”. Newman uważa, że przemysł farmaceutyczny zamienił ośrodki uniwersyteckie w swoje filie. Redaktorka „New England Journal of Medicine” Marcia Angell pytała na łamach pisma w 2000 roku, „Czy akademicka medycyna jest na sprzedaż?”. Pytanie chyba retoryczne. Profesor na Harvardzie Arnold Relman, były redaktor „New England Journal of Medicine”, który w 1980 roku dostrzegł powstanie „kompleksu medyczno-przemysłowego”, wypowiedział w 2002 roku ostre słowa: „Akademickie instytucje tego kraju stały się płatnymi agentami przemysłu farmaceutycznego”.

Podobnie korporacje traktują lekarzy, których najistotniejszą funkcją ma być przepisywanie leków. Mają oni działać jako ostatnie ogniwo „łańcucha żywieniowego” w kompleksie medyczno-przemysłowym, być dystrybutorami produktów, dostawcami leków do klienta, akwizytorami jednej z najbardziej zyskownych gałęzi przemysłu na naszej planecie. W całym tym przedsięwzięciu uczestniczą związki i stowarzyszenia lekarzy, również sponsorowane przez korporacje.

Bez uwzględnienia powyższych aspektów, bez zrozumienia mechanizmów działania państwa terapeutycznego, dyskusja o roli medycyny we współczesnym świecie jest tylko debatą pozorną.

Na końcu tej analizy pojawia się znów „państwo terapeutyczne” jako wróg i to po tym jak autorzy opisali (nie wnikam czy zgodnie ze stanem faktycznym) patologie wynikające z działań kapitału. Na tym polega zasadnicze niebezpieczeństwo i pułapki (nad)krytyczności – walcząc z przejawami nowoczesności (z jej dwuznacznościami) krytyka w swej totalizującej formie wyrzuca wszystko.  Nie ma różnicy pomiędzy kapitałem, polityką, nauką wraz z ich dwuznacznościami wszystko jako „postępowe” i „nowoczesne” uznane zostaje za jedno zjawisko.

Taki sposób krytyki nie stanowi formy emancypacji, nie prowadzi do zrozumienia splotów polityki i nauki. Nie pozwala  na wypracowanie demokratycznych narzędzi potrzebnych do korekty obecnych dziś tendencji technokratycznych czy przejawów nadmiernej medykalizacji. Reakcyjna (nad)krytyczność prowadzi nas na manowce nowych form bezrozumu. Dlaczego warto czytać takie teksty jak ten na portalu „Nowe debaty”? Choćby po to, że by zauważyć, że krytyka spod znaku Agambena, niektóre użytki z Foucault, które są  relatywnie bezpieczne w murach „Akademii” stosowane poza nią mogą postawić nas w nieciekawym towarzystwie. Krytyka nauki wewnątrz akademii wyniesiona na „zewnątrz” staje się czymś zupełnie innym a sojusznicy których zyskamy dość nieciekawi. Problemem jest to, że w refleksywnym świecie „społeczeństwa ryzyka” owa niegdyś podtrzymywana z trudem granica pomiędzy zewnętrzem a wewnętrznem,coraz bardziej się zaciera.

Pytanie brzmi jak równocześnie zachować korekcyjny charakter krytyki nie wpadając w (nad)krytyczność jako formę antynowoczesnego bezrozumu.

Na koniec filmik ku przestrodze, jedne z wielu podobnych dostępnych na „Uniwersytecie Youtube’a”.

 

/Andrzej „Fronesis”/

 
15 komentarzy

Opublikował/a w dniu Czerwiec 29, 2012 w sceptycznie

 

Tagi: , ,

Racjonalność jednowymiarowa

W ostatnich latach praktycznie nieustannie dokonują się mniej lub bardziej ważne zmiany w szkolnictwie na każdym poziomie. Właśnie trwa snująca się rewolucja w szkołach od podstawówki do liceum. Oto charakterystyczna dla kierującej nią mentalności wypowiedź, dotycząca konieczności zmian w Karcie Nauczyciela:

„A zmiany są potrzebne. Dlaczego? W ciągu pięciu lat zlikwidowano ok. 3 tys. szkół, a nauczycieli przybyło 13 tys. – jest ich obecnie ponad 600 tys. Warto też zauważyć, że od 1990 r. liczba uczniów zmalała o ok. 2 mln. Dzieje się tak, bo Karta Nauczyciela – mimo zmian demograficznych – nie pozwala elastycznie kształtować zatrudniania w szkołach, każe za to finansować przywileje wynikające z Karty” (cytat z tego artykułu).

Zobaczmy co dostajemy – pozornie jednoznaczną, liczbową informację o faktach: 3 tysiące szkół mniej, 13 tysięcy nauczycieli więcej, uczniów mniej o 2 miliony. Czyste liczbowe fakty. Teraz płynne przejście od opisu do powinności – zmiany, na które te dane wskazują same wymuszają na nas działania.

Działania te miałyby polegać na zaostrzeniu problematycznej relacji między ilością nauczycieli, ich obciążeniami godzinowymi a ilością uczniów poprzez zwiększenie nauczycielskiego pensum.

Zmiany te przedstawia się następująco: „To propozycje nie likwidujące, ale racjonalizujące” (podkreślenie moje), powołując się przy tym na często wykorzystywany argument z europejskiej normalizacji („polscy pedagodzy tygodniowo przy tablicy spędzają najmniej czasu w całej UE – 14 godz. zegarowych. W Niemczech to 24-26 godz., a na Słowacji 22-23”).

Gdzie ta racjonalizacja? Wyraźnie w wyliczeniach pieniędzy. Co staje się wyraźniejsze części tekstu, którą pomijam, dotyczącej „racjonalizacji” kwestii rocznych urlopów dla poratowania zdrowia. Tam pojawiają się „twarde” wyliczenia finansowe. Racjonalne ma być zatem wydawanie mniej na nauczycieli, skoro jest mniej uczniów. Racjonalne ma być zatem zwolnienie nadmiaru nauczycieli, lecz Karta Nauczyciela nadmiernie rzecz blokuje, dając nauczycielom do ręki rozmaite narzędzia, w tym wspomniane urlopy. Racjonalne ma być zatem zmienienie samej Karty, aby nic nie stało pomiędzy wyliczeniami kosztów i strat a zwalnianiem nauczycieli kiedy tak nakaże bilans.

Tylko gdzie tu jest dobro uczniów? Gdzie jest dobro wiedzy? I gdzie jest dobro reprodukcji społecznej? Wszystkie one trafiły do jednego śmietnika racjonalności ekonomicznej – dobre to, co się opłaca w wyliczeniach.

Dlaczego żadnemu z autorów tych wszystkich wypowiedzi nie przyjdzie do głowy, żeby powertować teksty pedagogów, socjologów, czy demografów? Albo chociaż, żeby z jakimiś porozmawiać? Co oni mogliby nam powiedzieć?

Na przykład to, że: zamiast utrzymywać klasy ponad trzydziestoosobowe, lepiej zrobić klasy liczące sobie 12-15 osób. I mamy załatwiony skok jakościowy w szkolnictwie. Proszę sobie policzyć, ile czasu może poświęcić nauczyciel w ciągu semestru na pracę z jedną osobą w klasie 35-cio osobowej. To po pierwsze. Po drugie, dynamika grup – kiedy w klasie jest 12-15 osób łatwo pracować na raz ze wszystkimi. OK, jeśli nawet nie jest to łatwe, to przynajmniej całkowicie możliwe.Powyżej 20-tu pojawia się mechanizm ukrywania się – jest już możliwość schowania się za cudze plecy. Im więcej, tym gorzej: wyłaniają się całe grupki, które mogą organizować sobie kontr-lekcję (pisać sms-y, grać w karty, bumelować jakkolwiek inaczej). Staje się to możliwe, bo mogą schować się za kimś innym, a, powiedzmy, najbardziej aktywna piątka uczniów w klasie sprawi wrażenie, że cała klasa jest w miarę aktywna i uczestniczy w lekcji. Mała klasa zwiększa integrację całości, w takiej grupie istnieje mniej klik, a zatem, także mniejsze rozziewy. Jeśli łatwiej o integrację, to zmniejsza się też możliwość konfliktów.

Co ciekawe, wszyscy ci piewcy racjonalizacji nie mają nawet zielonego pojęcia, że ich racjonalność jest ufundowana na ostatnich latach PRL-u – to wyż demograficzny z okolic pierwszej połowy lat siedemdziesiątych wymusił tworzenie licznych (30+) klas, ponieważ nie było innego sposobu, żeby poradzić sobie w taką ilością uczniów, mimo, że lekcje toczyły się od 8.00 do 19.00. Ci weseli racjonalizatorzy, przejmują ten PRL-owski element i robią z tego zła koniecznego tandetę z wyboru udając, że są liberalni i wolnorynkowi (proszę zwrócić uwagę, że jako odniesienie został podany rok 1990).

Na przykład, mogliby również usłyszeć, że „naturalna” dynamika społeczna powoduje, że instytucje „rozepchnięte” (większe środki, liczniejszy personel) przez wyż demograficzny stwarzają optymalne środowisko dla idącego potem niżu. Dzięki temu, ci z niżu mają lepsze warunki, kształcenia, pracy, czy kariery.

Oto problem – instytucjonalna konfiguracja naszego społeczeństwa spowodowała, że racjonalność zysków i strat posiada liczne, wszechobecne reprezentacje. A jednocześnie, racjonalność jakości kształcenia, jakości wiedzy, reprodukcji społecznej (ci uczniowie będą musieli kiedy zastąpić dzisiejszą kadrę profesorską, menedżerską, polityków i nauczycieli) prawie nie posiadają swoich reprezentacji i lokalizacji społecznych. Zostały zmarginalizowane i występuję jedynie jako głos różnych wariatów, czy lekceważonych akademików. W końcu z przepływu pieniędzy rozliczamy się co roku, a kilkanaście lat cyklu dydaktycznego nie obejmuje niczyjej zawodowej odpowiedzialności, a tym samym niczyjej wyobraźni.

W rezultacie dostajemy prosty podział. Ci, których stać, będą mogli kształcić się lepiej w szkołach prywatnych. I będzie to lepiej wcale nie przez lepszą kadrę, albo większe pieniądze na pomoce naukowe i dydaktyczne. Ale lepiej tylko dlatego, że w mniej licznych klasach. Reszta pozostanie w szkolnictwie państwowym, które jak w podręcznikowym przykładzie samospełniającej się przepowiedni, będzie coraz gorsze, bo dożynane przez domorosłych racjonalizatorów.

I nawet nie do końca obarczam winą samorządowców, którzy bezpośrednio wymuszają likwidowanie etatów poprzez naciskanie na dyrektorów szkół. Ryba psuje się od głowy, to rząd preferuje raczej wydawanie pieniędzy na najeżdżanie i okupowanie militarne innych państw, czy płacenie za to, żeby UEFA mogła dobrze zarobić niż na kształcenie własnego narodu.

Najgorsze jest chyba jednak to, że te haniebne zwyczaje, tę jednowymiarową racjonalność, przejmują uniwersytety. Jeśli one, teoretycznie miejsca wytwarzania i przechowywania wiedzy, nie potrafią tej wiedzy odnieść same do swoich działań, to niby dlaczego miałby robić to ktoś inny?

I równie smutne jest to, że dobrze wiadomo jak edukację poprawić. Ale nikt nie ma ochoty tego robić. Wbrew rozmaitym oficjalnym nadętym zapewnieniom.

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 29, 2012 w krytyka

 

Tagi: , ,

Hipoteza interferencji laboratoryzacji

Blog ten ma za zadanie służyć między innymi jako brudnopis do notowania różnorodnych pomysłów kręcących się wokół naszego projektu badania kontrowersji społeczno-naukowych i struktur wiedzy. Oto taki notatko-pomysł pod rozwagę:

Pośród interesujących nas kontrowersji znajduje się spór pomiędzy medycyną oficjalną a altmedem. Oczywiście uproszczeniem jest mówić o dwóch takich dużych całościach, ale chwilowo nie jest to istotne, więc problem na bok. Na poziomie konkretnych dyskusji i argumentacji uczestnicy przyjmują istnienie takich dwóch stron (np. antyszczepionkowcy versus zwolennicy szczepień), dlatego takie uproszczenie w pewnym zakresie można przyjąć.

Teraz problem: modernizacja polega między innymi na laboratoryzacji świata. Latour pokazywał to na przykładzie sukcesów Pasteura, mówiąc o pasteuryzacji Francji. Jak zatem w świecie, w którym wszystko wskazuje na triumf nauki (w tym medycyny), dochodzi do tego, że medycyna alternatywna, albo postawy sprzeciwiające się medycynie oficjalnej stają się pociągające. Innymi słowy: dlaczego altmed jest powabny?

Szukając odpowiedzi: mając na karku spadek po STS-ach, nie bardzo chcemy odpowiadać poprzez poszukiwanie jakichś ogólnych mechanizmów ścierania się idei (w stylu siły rozumu przeciw specyficznie nowoczesnej irracjonalności, albo jakoś tak). Ten tryb jest dla nas niewiarygodny. Bardziej interesujące jest rozważenie – jak widać ten problem z perspektywy pacjenta w szpitalu? Czy ktoś znajdujący się na terenie zwycięzcy – biopolitycznej instytucji panoptycznej (etc.) ma szanse „wyjść poza system” (mentalnie, w praktyce)?

Metodologia: badanie etnograficzne (z wszelkimi jego niedogodnościami).

Na czym skupiały się obserwacje: w obserwacjach interesowały mnie dwie rzeczy: 1. W jaki sposób wytwarzane jest niezadowolenie pacjenta? Jak jest ono dystrybuowane, w jaki sposób krąży, kto je podtrzymuje, kto uchyla? Założenie jest takie, że niezadowolenie artykułowane jako niezadowolenie, niechęć, czy rozczarowanie służbą zdrowia w ogóle może stanowić krok pierwszy w stronę altmedowej konkurencji (chociaż oczywiście, to nie jedyna droga). 2. Jak wygląda dynamika konstruowania wiedzy i, zwłaszcza, niewiedzy u podmiotu, aktora, pacjenta, działającego (sami wybierzcie sobie stosowne określenie)? Założenie jest takie, że poza niezadowoleniem (komponentem emocjonalnym), pacjent operuje pewnego rodzaju wiedzą i niewiedzą, według której ocenia i rozpoznaje działania personelu medycznego. Na tej podstawie może kwalifikować je jako słuszne, niesłuszne, kompetentne, niekompetentne, dobre, złe itd. (powiedzmy, że to komponent poznawczy).

I oczywiście, nie tyle interesowała nas wiedza jako „coś w głowie”, ile jako coś wykonywanego w praktyce (znów spadek STS-ów i ANT).

Obserwacje: okazywało się, że można było zaobserwować dwa standardowe obszary generowania niezadowolenia. Jeden oczywisty – zderzenie oczekiwań pacjentów z praktykami personelu medycznego. Jednakże na tym skupiałem się w mniejszym stopniu, ponieważ raczej prowadził do narzekania na instytucję, bez ingerencji w poziom wiedzy. Drugi był ciekawszy: dotyczył tych pacjentów, którzy sumiennie wykonywali zalecenia personelu (obecne lub wcześniejsze, w przypadku przewlekłych problemów).

Teraz szybki obrót perspektywy: zamiast patrzeć na działającego tak czy inaczej pacjenta, spójrzmy na dynamikę całej sieci (zbiorowości, asemblażu, materialnej konfiguracji, wiązki procesów – znów proszę sobie wybrać właściwe określenie). Wspominałem wcześniej o laboratoryzacji: chodzi o pacjentów, którzy poprzez własne praktyki uczestniczyli w skutecznej laboratoryzacji, to znaczy przekształcili tak swoje otoczenie, aby zamieniło się w quasi laboratorium. Ich doświadczenie polegało na zderzeniu z dziurami w laboratoryzacji ze strony placówki medycznych. Innymi słowy – ci pacjenci rozszerzali warunki medyczno-laboratoryjne i jednocześnie obserwowali, że nie czyni tego szpital. Zamiast tego działo się coś innego, różne frakcje szpitala (bez technicznego żargonu trochę brakuje mi tu sposobów ujęcia problemu :)) realizowały różne procesy laboratoryzacji, które wcale nie musiały się ze sobą sklejać. Więcej nawet, mogły się ze sobą kłócić. I to było właśnie to doświadczenie dziur.

Przykłady: miesięczne niemowlę, rodzice mają zalecenia jak najstaranniejszego izolowania od kontaktów z innymi w celu uniknięcia bardzo groźnych w tym przypadku infekcji (laboratoryzacja 1). W ramach badań ogólnych dziecko zostaje skierowane na badanie USG i czeka w kolejce poza swoim oddziałem w tłumie osób chorych (np.  pokasłujących, kichających) oraz osób spoza szpitala (laboratoryzacja 2).

Pacjentka w podeszłym wieku ze złamaniami i potłuczeniami zostaje skierowana na prześwietlenie złamanej ręki. Nie może jednak uzyskać pomocy w położeniu się, ani odpowiednim ułożeniu ręki, ponieważ technik robiący prześwietlenie nie jest świadom kompleksowości problemu (złamanych żeber, potłuczeń). Tutaj ogólne zalecenia, które otrzymuje pacjentka związane z jej całościowym stanem (laboratoryzacja 1) zderzają się z wybiórczymi manipulacjami skoncentrowanymi jedynie na złamanej kończynie (laboratoryzacja 2).

Komentarz do przykładów: To krótkie przykłady dla orientacji. Ważne jest dla mnie wyłowienie pewnej ogólnej mechaniki – nie chodzi o indywidualne wady i zalety, czy uchybienia, czy sukcesy (w stylu „troskliwy lekarz”, czy „lekarz bezduszny i niezainteresowany”), ile o mechanizmy rozproszone generujące nakładanie na siebie odmiennych laboratoryzacji.

Hipoteza: moja hipoteza przyjmuje więc następującą postać: nakładające się na siebie różne laboratoryzacje tworzą niejednorodne strefy większej lub mniejszej skuteczności obejmowania pacjenta praktykami medycznymi (naukowymi, laboratoryjnymi), co w rezultacie może wytwarzać wrażenie, że szpitale same nie przestrzegają swoich zaleceń. Podobnie jak w zjawisku interferencji fal pojawiają się obszary jaśniejsze i ciemniejsze, tak tutaj można mówić o interferencji laboratoryzacji.

Zalecenia: tutaj jestem w kropce. Ogólne zalecenie, które przychodzi mi do łowy polega na konieczności usprawnienia krążenia informacji tak, aby przechodziły między różnymi laboratoryzacjami. W rezultacie, powinno to wygładzić różnice między „obszarami ciemniejszymi i jaśniejszymi”. Ale to nazbyt ogólnikowe.

No dobrze, tak czy owak, jest to praca w toku i powyższe pospieszne ubranie jej części w słowa ma za zadanie otworzyć możliwości usprawniania analiz. Jedno chciałbym podkreślić, jeśli nie stało się to dotąd jasne: intencją nie jest przeprowadzanie „krytyki medykalizacji” lub coś podobnego (np. „krytyka uprzedmiotowienia pacjenta” etc.), a taka analiza faktycznych praktyk medycznych, która może zostać wykorzystana do poprawy organizacji procesu leczenia ludzi.

KRZYSZTOF

 
3 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 11, 2012 w badania w toku

 

Tagi: , , , ,