RSS

Archiwa tagu: kontrowersje społeczno-naukowe

GMOrgias (po edycji)

/Uwaga, po dyskusji, która odbyła się na facebooku (niestety), notka uległa przeredagowaniu. Postaram się wkrótce zamieścić linki do zrzutów ekranowych z tej dyskusji./

Zacznijmy od cytatu z „Gorgiasa” Platona

Sokrates: Mówiłeś przed chwilą, że mówca jest bardziej przekonywający niż lekarz nawet w sprawach dotyczących zdrowia.

Gorgias: Tak, wobec tłumu.

Sokrates: Zatem tłum to znaczy ci, co nie wiedzą? Wobec tych bowiem, którzy wiedzą, mówca nie jest bardziej przekonywający niż lekarz.

Gorgias: Prawdę mówisz (459A).

Cytat powyższy  z „Gorgiasa” Platona, zaczerpnąłem za książką Bruno Latoura „Nadzieja Pandory”. Z niej pochodzi także poniższy fragment. Jest on komentarzem Latoura do cytatu z Platona, zamieszczonego powyżej:

            Sokrates triumfuje. Jednak Gorgias wskazuje ten sam problem, z którym wciąż borykamy się dzisiaj, ponieważ nikt go dotąd nie rozwiązał, z pewnością zaś nie Platon i jego Państwo. Polityka polega na postępowaniu z tłumem „niefachowców” i jest to zupełnie coś innego niż postępowanie fachowców z fachowcami w zaciszu ich wyspecjalizowanych instytucji. Zatem kiedy Platon maluje humorystyczną scenkę, w której kucharz i lekarz walczą o głosy zgromadzenia zepsutych dzieci (522), bez wielkiej bystrości można obrócić tę historyjkę przeciwko Sokratesowi. Ten zabawny obraz jest przekonujący tylko wtedy, gdy ateński tłum jest rzeczywiście złożony z zepsutych bachorów. Nawet jeśli zapomnimy o arystokratycznej pogardzie, jaką żywi Sokrates, wnikliwsze spojrzenie na sytuację ujawnia, że nie mamy tu do czynienia z pojedynkiem poważnego fachowca z populistycznym pochlebcą. Jest to raczej spór dwóch specjalistów, kucharza i lekarza, przekonujących zgromadzenie dorosłych mężczyzn do jednej z dwóch strategii: doraźnej albo długookresowej, przy czym żaden z nich nie zna ich skutków; przez ten spór będzie cierpieć tylko jedna strona – sam demos.

Cytaty powyższe dobrze ilustrują to, co wydarzyło się ostatnio w sporze o zdrową żywność i GMO. Zaczął się ten spór, od tekstu „Ekościema, czyli mity zdrowej żywności„, autorstwa Marcina Rotkiewicza. Temperatura została rozgrzana przez tekst „Superchwast” Tomasza Piątka. Spór uzupełniły – wspierający M.R. tekst Barta, polemiczny wobec tekstu Tomasza Piątka jak i z wspierająca go Hanną Gill-Piątek. Spór starał się zrekonstruować Nameste. Pojawiła się też odpowiedź M.R. (tu i tu). Kto ciekawy szczegółów, odsyłam do linkowanych tekstów. Pojawił się ponadto jeszcze jeden tekst (tu).

Mnie interesuje odtworzenie ról w tym GMO-spektaklu. Chcę to zrobić w kontekście pytania: kto z bohaterów jest bardziej pożyteczny dla demokracji i Ludu (oraz jego potrzeb). Zrobię to, podążając za wzmiankowaną wyżej książką Bruno Latoura (ukaże się ona wkrótce po polsku).  Latourowi dialog „Gorgias” potrzebny jest do pokazania paradoksalnego i trudnego związku dwóch wynalazków: Nauki i Demokracji (tradycyjnie uważanych za greckie).  Spór w „Gorgiasie”, Latour rekonstruuje jako przynależny trzem aktorom: Sokatesowi, Sofistom i Ludowi. Sokrates reprezentuje Rację, Rozum (Right), Sofiści – Siłę (Might), lud z kolei odsyła nas do demokracji (Reprezentacji). Mamy więc trzy czynniki, które muszą być uwzględnione: kwestie odkrywane rozumem, sprawy rozstrzygane siłą oraz to, co dzieje się wobec Tłumu i rozstrzygane jest przy pomocy pochlebstwa, poklasku dla oczekiwań tego ostatniego. Latour pokazuje, że każde z tych pól wymaga innych fachowców i innych umiejętności. Filozofowie w typie Sokratesa odwołują się do rozumnych argumentów. Karykaturalnie przedstawieni Sofiści, używają przemocy, w tym przemocy ekonomicznej. Tłum kierowany jest swoją własną dynamiką – chce po prostu dobrze żyć. Jeżeli się przyjrzymy dokładniej, widać, że zarówno karykaturalnie przedstawieni Sofiści jak i Sokrates, mają jeden cel: obronić się przed tłumem. Dochodzi tu do głosu arystokratyczna pycha Platona. Latour uważa, że odtworzenie sporów z „Gorgiasa” może pomóc w rekonstrukcji dzisiejszych „wojen o Naukę” (Science Wars). Zgadzam się z nim. Z tego powodu proponuję aby „spór o GMO i eko-żywność” potraktować jak platoński dialog.

Zastanówmy się kto, jakie pełniłby w nim role. Najprostsze do zrekonstruowania jest stanowisko zajmowane przez Marcina Rotkiewicza. Odpowiada on postaci Sokratesa. Uprzedzę od razu, że w wypadku Latoura (jak i Nietzschego), bycie porównanym do Sokratesa to nic miłego. Figura Sokratesa to ktoś, kto dyscyplinuje demos, używając odwołania do prawdy przynoszonej z zewnątrz. Dla Sokratesa-Rotkiewicza lud jest głupi, ciemny i omylny, jedynym ratunkiem jest Prawda (obowiązkowo z wielkiej litery). Sam Sokrates jak i Rotkiewicz, kokieteryjnie powiedzą nam, że oni sami, nie są nieomylni, odeślą na gdzie indziej. Sokrates do świata idei, Rotkiewicz do świata Nauki(1). Poprzez Naukę(1) rozumiem scjentystyczną wizję nauki, używaną jako narzędzie legitymizowania i uprawomocniania własnych twierdzeń. Nauka(1) nie wyczerpuje całego pola tego, co społecznie traktujemy jako naukę.

Sprawa się komplikuje, gdy przyjrzymy się pozostałym osobom naszego sporu-dialogu. Zasadniczy spór, jak wspomniałem, toczy się pomiędzy Sokratesem i Sofistami, obie strony boją się wielości, demosu. Inaczej chcą się przed ludem zabezpieczyć. Sokrates uważa, że tylko Rozum, Racja może dać odpór motłochowi, Sofiści upatrują rozwiązania w polityce – sile.  Sprawa jednak nie jest tak prosta.

Po pierwsze, Sofiści z dialogów platońskich to słomiane kukły, chłopcy do bicia, są oni tylko bladym cieniem realnych, historycznych sofistów. Realni Sofiści to nie tylko zwolennicy siły i cynizmu, to także retorzy którzy rozumieją lud i potrafią zarządzać jego lękami. Sofiści historyczni, to nie tylko zwolennicy cynicznej Realpolitik, to także osoby, które wiedzą, że nie mają możliwości przeprowadzenia swoich interesów, bez pertraktacji, negocjacji z Ludem. To, czego nas uczą Sofiści, to waga mediacji, zapośredniczenia. Sofiści realni, a nie kukły stworzone w dialogach Platona, to osoby, które wiedzą, że prawdę trzeba ubierać w szaty retoryki. Co więcej, to wcale nie oznacza, że musimy prawdę porzucić. Wbrew Sokratesowi, nie ma nagiej, niezapośredniczonej prawdy. Sofiści uczulają nas na ten prosty fakt. Ale trzeba uważać, niebezpieczni z nich nauczyciele – retoryka może nas zwieść. To pułapka w którą wpada część Sofistów i ich współcześni odpowiednicy – postmoderniści. Z faktu, iż prawda przychodzi tylko jako zapośredniczona, wyciągają oni mylny wniosek, że prawdy nie ma, oraz, że „wszystko wolno”. Nie idźmy tą drogą.

Po drugie, kiedy porzucimy starożytność, okazuje się, że stanowisko, odwołującego się do Prawdy Sokratesa, i odwołujących do siły Sofistów, zbliżają się do siebie. Oddajmy jeszcze raz głos Latourowi:

Wystarczy powiedzieć, że kiedy w końcu zostaje wynaleziona „polityka naukowa”, nadchodzą jeszcze gorsze potworności. Sokrates groził tylko własnym samotnym odejściem z agory i tylko jego krew popłynęła na koniec tej dziwnej próby zracjonalizowania polityki. Jakże niewinnie to wygląda dla dzieci obecnej epoki! Sokrates nie mógł sobie nawet wyobrazić, że zostaną stworzone naukowe programy wysłania całego demosu w zaświaty i zastąpienia życia politycznego żelaznymi prawami jednej tylko nauki, i że będzie nią ekonomia! Nauki społeczne w większości swych przejawów reprezentują ostateczne pogodzenie Sokratesa z Kalliklesem, ponieważ czysta siła, której zwolennikiem był ten ostatni, stała się przedmiotem dowodu – oczywiście nie przez geometryczną równość, ale przez nowe narzędzia, takie jak statystyka. Każdy szczegół w naszej definicji „tego, co społeczne” pochodzi teraz od Sokratesa i Kalliklesa stopionych w jedno.

Cytat powyższy pokazuje powinowactwo strukturalne pomiędzy zagrożeniem jakie dla sfery publicznej i demokracji stanowią: nauka oraz ekonomia. Co przez to zagrożenie rozumiem? Chodzi o problem z wprowadzaniem zewnętrznego arbitra do sporu i debaty demokratycznej.

Kiedyś takim arbitrem był Bóg. Było dobrze, kiedy wszyscy w Europie, żyli we w miarę jednorodnej kulturze średniowiecznej. Wtedy odwołanie do Boga pełniło swoją funkcję, stabilizowało sferę publiczną, legitymizowało władzę, służyło internalizacji wartości moralnych. Sprawy się skomplikowały wraz z reformacją i wojnami religijnymi. To, co kiedyś gasiło spory, teraz je wznieca, użycie w debacie zewnętrznego arbitra – Boga, zamiast gasić pożar było dolewaniem oliwy do ognia. Z tego powodu Hobbes, gdy opracowywał swoją koncepcję Państwa – Lewiatana, pozbył się Boga, wykreślił go z projektu.  Państwo miało się opierać na naukowych podstawach. Ludzie mieli odwoływać się do wewnątrzspołecznej (immanentnej) umowy społecznej, ta z kolei miała wynikać z odkrywanej naukowo (filozoficznie) natury ludzkiej.

Wszytko ładnie żarło, ale szybko zdechło. Hobbes nie był przygotowany na nadejście nauk eksperymentalnych, które reprezentował Boyle. Z tym ostatnim nasz filozof, toczył zresztą przegrane spory o próżnię.

Plan Hobbesa nie wypalił. Naukowcy i ich laboratoria, okazały się niezbędne dla Państwa. To Oni i ich wynalazki dawały dobrobyt, siłę militarną, etc. Niestety miało to swoją konsekwencję polityczną – przerwany został klarowny układ oparty o umowę społeczną. Naukowcy, którzy wyciągali Naturze jej sekrety, stali się uprzywilejowani, tak jak kiedyś Bóg zajęli pozycję zewnętrznego arbitra.

Wszytko znów było dobrze, dopóki wierzyliśmy w mit nowoczesnego postępu. Wtedy arbiter Nauki –  mówiącej w imieniu Natury – ucinał spory i dywagacje. Dziś jest inaczej. Nauka padła ofiarą własnego sukcesu. Połowicznie unaukowione społeczeństwo samo zaczęło toczyć spory naukowe. Co prawda tylko kilku z Nas ma laboratoria i może robić eksperymenty, ale wszyscy możemy czytać o Nauce(1). Tu jest sedno problemu, mało kto uprawia Naukę(2), czyli praktykę laboratoryjną, ale właściwie każdy może toczyć spory o Naukę(1). Nauka nie jest silna tam gdzie pozornie się wydaje. Scjentystyczne odwołania do Prawdy, Dowodu i Argumentu w debacie publicznej są kontrowane Kontrargumentem, Kontrdowodem i Kontrprawdą, tak rodzi się ten słynny #prawdopośrodkizm. Nauka jest silna tam, gdzie jej oponenci jej nie dosięgną – w laboratoriach, w praktyce technicznej, technologicznej. Nauka to eksperymenty, produkowanie faktów. Wiedza jako efekt jest małym procentem tego, co jest praktykami wiedzotwórczymi. To one są ważne. Fakt naukowy nie wisi na tekście, zawartym w nim dowodzie czy chwycie naukowym. Nauka to nie „wygrywanie flejmów”. Tym, co jest ważne to „mobilizowanie” świata, przetwarzanie go, a następnie „pakowanie świata” w artefakty, teksty, wykresy, wynalazki.

W tym momencie możemy wrócić do pozostałych postaci naszego dialogu: Tomasza Piątka, Hanny Gill-Piątek, a przede wszystkim, do Nameste. Wydaje się, że wszyscy oni, a szczególnie ten ostatni, stawiają się w pozycji obrońców (przedstawicieli?) ludu-demosu, przed unaukowioną, pozbawioną szans na reprezentację polityką (naukową i ekonomiczną). To, co ich przeraża to, ten istniejący, od czasów Hobbesa przynajmniej, złożony sojusz prawdy naukowej z jej siłą polityczną. Marcin Rotkiewicz może się skutecznie bronić przed zarzutem „bycia sługusem Monsanto”. Tak, gdy odczytujemy sprawę literalnie ma rację, nie jest na listach płac z adnej z firm, nie jest członkiem think-tanków. Histeryczny Tomasz Piątek, nie potrafiąc dobrze rozpoznać gdzie i jak należy skrytykować,  stworzył kiepski, szkodliwy dla spraw „demosu” paszkwil. Rotkiewicz wbrew Piątkowi nie jest w prosty sposób „sługusem złych korporacji”, jego pozycja jest szkodliwa z innego zupełnie powodu. On, podobnie jak Sokrates boi się wielości. Motłoch, tłum to dla niego zaprzeczenie prawdy. Z tego powodu ucieka w krainę Pewności, Prawdy i Nauki(1). Niestety wolnorynkowi ekonomiści legitymizujący neoliberalny porządek i korporacyjny ład, także robią to „w imię naukowej, jednej Prawdy”. Rotkiewicz jest szkodliwy, gdyż de-demokratyzuje debatę poprzez proste wprowadzanie „scjentystycznego” knebla (zewnętrznego odwołania).

Dzieje się tak, gdyż epistemologiczny poziom na którym toczą się spory o prawdę, pozwalają uciec od tłumu. Także Tomasz Piątek i Hanna Gill-Piątek, uznają scjentystyczny obraz nauki za prawdziwy, tyle tylko, że go krytykują. Niestety miłość do epistemologii widać także w sporach Barta z Nameste.

Tu tkwi źródło problemu. Jeżeli chcemy być demokratyczni, przysłużyć się nam samym, czyli „demos”, musimy porzucić Epistemologię. Spory o prawdę, to domena Nauki(1), nieprawdziwego tworu, który służy pewnej polityce. Nauka(1) to twór ideologiczny, bacik, którym bije się oponentów. Nauka(1) to wyidealizowany twór, który pod postacią naukowca widzi jedynie fizyka-teoretyka w stylu Sheldona Coopera z „The Big Bang Theory”. Nie ma tam miejsca dla brudzących sobie fartuchy chemików, produkujących kosmiczne toalety inżynierów czy biologów – hodowców bakterii. Nauka(1) to twór, którym straszy się złe dzieci, to nie ona „odkrywa”. To nie Nauka(1) daje nam lekarstwa, tramwaje, nowe buty do biegania. To wszytko to domena praktyki, nauki pojmowanej jako Nauka(2).

Nauka(2) pojmowana jako zespoły praktyk pozwala inaczej spojrzeć na problem. Gdy porzucimy spory teoriocentryczne i zwrócimy się w stronę Społecznych Studiów nad Nauka i Techniką (Science, Technology Studies), pozwoli to zupełnie inaczej rozpisać spór. Po pierwsze znikają dwie strony sporu: nauka vs irracjonalny lud. Mamy wiele różnorakich praktyk: nie ma jednej „nauki”, są laboratoria badawcze, firmy wdrażające, urzędy patentowe, agencje reklamowe, hinduscy rolnicy, etc. Wszystkie te elementy tworzą łańcuch, który warunkuje własne istnienie: bez kapitału nie ma badań, bez badań nie ma lepszej żywności, bez reklamy nie ma „rynkowego” napędu, bez patentów, nikt nie zaryzykuje finansowania, bez rolników nie ma komu sprzedać kukurydzy etc. Nauka(2) to szereg praktyk, z których tylko nieliczne podobne są snom o nieprawdziwej Nauce(1). Po re-definicji sporu z pozycji STS, nie ma co się bać tłumu i wielości, także Nauka(2) jest bowiem tłumem i wielością. Nie ma przeciwstawienia Nauki i Demokracji, jeżeli i „nauka” i „lud”, są elementem większej całości (będącej wielością, tłumem), to trzeba zakasać rękawów i demokratyzować całą zbiorowość. Wydaje się, że połączone we wzajemnym sporze, głosy Barta i Nameste, są krokiem w tym kierunku.

M. Rotkiewicz na razie do tłumu mówić nie umie, bojąc się go, nie potrafi w żaden sposób zrozumieć i zarządzać społecznymi lękami. Ludu nie interesują linki do baz danych, artykuły i wyliczenia. Co z tego, że bawełna zmodyfikowana genetycznie jest mniej szkodliwa. Lud się boi zmian, na przykład tego, że za ziarno będzie trzeba płacić, a kiedyś wystarczyło odłożyć do worka na następny rok.  Może starzy ludzie tracą swój autorytet, to nie oni(e), ale kolesie w kitlach są teraz „prawdziwymi rolnikami”. Może zajdą zmiany w podziale pracy, oraz w układach rodzinnych (w tym genderowych – wyobraźmy sobie, że wnioski „na ziarno”, wymagają piśmienności, a np. większość kobiet jest niepiśmienna).

Rotkiewicz ma rację na polu „czysto” naukowym. Ale to służy w debacie jedynie ucinaniu sporów. Co z tego, że ma on rację (w pewnych rejestrach wyabstrahowanej rzeczywistości). Lud interesuje się innymi problemami. Kto stał w 6 godzinnej kolejce do opryskliwego lekarza-buca, nie ma ani czasu, ani chęci zastanawiać się nad tym, że gdzieś tam w odmętach Pubmedu, są jakieś fajne linki do kliknięcia. Dla niego/niej, nauka to lekarz-buc, łapówka, którą musi dać i pigułka, którą bierze. Taki, sceptyczny nawet pacjent, wciąż ma jednak zaufanie do nauki, podlega jej urokowi (oraz przemocy), choćby wtedy gdy rozbiera się przed obcym kolesiem (szczególnie gdy jest pacjentką). Lud ma prawo do lęków i do do tego, że widzi cały łańcuch czynników jako naukę, a nie tylko tego wydestylowanego, „prawdziwego Szkota” czyli Naukę(1) z bajek scjentystów.

Gdy Sokrates-Rotkiewicz odwołuje się do kolejnych badań (poprawnych metodologicznie i sensownie popartych eksperymentalnie), dla Ludu jest jedynie gościem, który jest równie (nie)zrozumiały, co maszyna ze skeczu Monty Pythona: robi Ping.

Jego postawa, odwołująca się do Nauki(1) wydestylowanej z całego uwikłania w świat społeczny, ekonomiczny, uwarunkowań historycznych, może być śmiesznie outsiderska, jak było w przypadku Sokratesa, który  w pojedynkę chciał naprawiać Ateny. Może też być groźna, gdy sprzymierzy się (świadomie lub nie) z tymi, którzy tłamszą wielość i tłum w imię Prawdy. Tej prawdy, która przychodzi z zewnątrz. Tomasz Piątek i Hanna Gill – Piątek w swym anty-scjentyzmie również nie przysłużą się Ludowi. Podobnie jak M.R. nie uśmierzą oni społecznych lęków. Zamiast scjentystycznej Racji, Tomasz Piątek proponuje Siłę – wiarę w zdrową marchewkę, opylaną za 10 plnów warszawiakom przez jego kolegę. Wybór pomiędzy scjentystyczną Racją i irracjonalizmem nie chroni nasz przed terrorem Siły, ta przychodzi do nas w obu przypadkach. Tak, scjentyści jak i irracjonaliści, nie uzbroją nas w narzędzia do demokratyzacji nas samych (wraz z naszymi wynalazkami: Ekonomią, Nauką, Techniką). Ekologia polityczna proponowana przez B. Latoura, to radykalniejsza wersja dobrze znanej ekonomii politycznej,  wymagają one od nas tylko (aż?) jednego – sprzeciwu wobec reifikacji i alienacji.

Z tego powodu boję się zarówno mówiącego w imieniu Nauki(1) Rotkiewicza jak i wieszczącego histerycznie w imieniu Natury Piątka. Szukam z trudem sposobów pogodzenia nauki i demokracji, tego,  że jest nas wielu (ludzi i czynników pozaludzkich) oraz tego, że nauka zwiększa bardzo szybko tą wielość. Jak mówić, działać, żeby pogodzić sprzeczności w które obfituje rozrastającą się zbiorowość ludzi, rzeczy,artefaktów

/Andrzej „Fronesis”/

p.s. 1. Formę Gorgias a nie Gorgiasz, proponuje nowsze tłumaczenie Platona, taką też formę przyjęli polscy tłumacze książki Latoura.

p.s. 2. Notkę dobrze uzupełnią, dwa moje teksty: o lękach społecznych i nauce,(AWNowak_CzyjeLeki_CzK62012),  oraz  o neoluddyzmie Nowej Lewicy (http://www.praktykateoretyczna.pl/PT_nr7_2013_NOU/11.Nowak.pdf).

Reklamy
 
8 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 29, 2013 w krytyka, naukowo, sceptycznie

 

Tagi: , , , , , , ,

Lęki i nauka

Kończy się semestr. Czas małych rozliczeń. Dobiegł końca  cykl wykładów „Lęki społeczne a nauka. Kontrowersje naukowo-społeczne we współczesnym świecie” (współorganizowany, przeze mnie razem z Moniką Bobako). Wykłady można odsłuchać tutaj, po zalogowaniu.

Cykl cieszył się sporą popularnością, dało się zauważyć, że część osób przychodziła na wybrane wykłady. Tak było na przykład, w przypadku wykładu Marcina Rotkiewicza o szczepieniach i GMO, gdy pojawiła się przedstawicielka „antyszczepionkowców”. Niestety z powodu nawały zajęć nie pisałem regularnych omówień, streszczeń i recenzji każdego z wykładów.  Częściowo wynika to z działań naszego Ministerstwa, które w żadnej mierze nie promuje, takiej dziwnej wolontariackiej działalności. Przecież, poza interesującymi dyskusjami, nie przyniosłoby to mitycznych punktów.

To, że wykłady były potrzebne i dotykały tematów „na czasie” było widoczne choćby w przypadku wykładu o medykalizacji ADHD, wygłoszonego przez Michała Wróblewskiego. Od jakiś kilku dni wielu moich znajomych przerzuca się linkami o tym jakoby ADHD zostało wymyślone. Polecam też wpis Michała na tym blogu i jego artykuł o ADHD.

Starając się jakoś uczynić zadość, proponuję zapoznanie się z moim tekstem, który stanowi ramę teoretyczną dla tego cyklu wykładów.

Tekst jest dostępny do ściągnięcia AWNowak_CzyjeLeki_CzK62012.

 
9 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Czerwiec 19, 2013 w naukowo, sceptycznie, Uncategorized

 

Tagi: , , , ,

USOS i śliskie płytki

Rozpocznę od cytatu z blogu Marcina Zaroda:

Mam wrażenie, że o przewadze technicznej Niemiec, USA lub Japonii decyduje przede wszystkim fakt, że tam się takie rzeczy bada naukowo i poważnie o nich dyskutuje. U nas dyskusje o kształceniu technicznym nigdy nie wychodzą poza ogólniki lub bieżące mody. Mało kto patrzy na to jak na proces historyczny. Mało która uczelnia prowadzi np. badania nad tym jaka laborka pasuje do danego przedmiotu lub o tym jak projekty studenckie ewoluują w czasie. Chcę być jednym z tych, którzy to zmienią.

Cytat pochodzi z wpisu omawiającego plany czytelnicze autora bloga na najbliższy czas. Większość pozycji pochodzi z serii wydawniczej „Inside Technology” (miałem skromny udział w jej poleceniu). Brak analiz dotyczących splatania się zagadnień technicznych, społecznych, politycznych oraz kulturowych to wciąż wielka „dziura” w polskim systemie kształcenia (zarówno na poziomie uniwersyteckim, jak i na wcześniejszych etapach edukacji).

Zacznę od anegdoty. W ubiegłym tygodniu miałem wątpliwą przyjemność spacerować zaśnieżonym Nowym Światem w Warszawie, jest on wyłożony „wielkomiejskimi” płytami chodnikowymi. Wszystko byłoby świetnie, są one gładkie, wyglądają nieźle, wrażenie psuje mały szczegół: pokryte śniegiem są bardzo śliskie. Pokryte warstwą błota pośniegowego zmuszają do bardzo ostrożnego stąpania. Lepiej wędrować byłoby chodzić po asfalcie obok, nie dość że jest lepiej odśnieżony (samochody i interesy kierowców wygrywają z interesami pieszych) to lepiej „zachowuje” się, gdy jest pokryty śniegową mazią. Przed kilkoma sklepami, gdy płyty chodnikowe były starannie odśnieżone, dało się chodzić znośnie. Mam drobne pytanie, czy ktoś zrobił jakiekolwiek badania dotyczącego tego, jak zachowują się płytki zimą? Czy uwzględniono nakład pracy jakiego wymaga utrzymanie tego typu nawierzchni w sensownym stanie? Jakie są tego koszty. Oraz jak śliskie płytki wpłyną na użytkowanie tej części miasta, na obroty sklepów, frekwencje na wydarzeniach kulturalnych, obecność studentów/ek na zajęciach? Zwykłe, staromodne płytki chodnikowe (takie z cementu z duże ilością piasku) mimo, że są brzydsze, często krzywe, dużo lepiej „zachowują” się po pokryciu ich śniegową breją. Wygrały pewnie względy estetyczno-prestiżowo-„wielkomiejskie”. Paniczna nieświadoma ucieczka od prowincji, kończy się nieuświadamianym prowincjonalizmem w myśleniu i projektowaniu.

14909_476136009088568_635630946_n (3)

Podobnym problemem są kładzione wszędzie płytki z pozbruku, nie wiem dlaczego, ale też „zachowują” się zimą one dużo gorzej niż zwykły cement czy asfalt. Może są zbyt mało chropowate, a może zbyt grube przez co inaczej reagują na zmiany temperatury i dłużej pozostają pokryte cienką warstwą lodu (jeśli ktoś wie coś na ten temat, proszę o komentarz). Co gorsza, z uporem maniaka płytki pozbrukowe, są w Polsce ulubionym materiałem do pokrywania nawierzchni ścieżek rowerowych. Dzieję się tak pomimo protestów samych zainteresowanych (na przykład tutaj).

Dość o płytkach. Rozumiem, że splot interesów politycznych, ekonomicznych, ignorancji decydentów uniemożliwia przepływ wiedzy pomiędzy użytkownikami a nimi. Co więcej rozumiem tradycjonalistyczny opór przez obszernymi badaniami, które brałyby pod uwagę społeczne, kulturowe „otoczenie” technologii, nawet tak banalnej jak płytki chodnikowe.

Gorzej, kiedy z taką samą ignorancją mamy do czynienia na uniwersytetach. Ślepota na konsekwencje i współkonstytuowanie się momentów technicznego, politycznego, społecznego, kulturowego jest powszechna.

Najlepszym przykładem jest wprowadzanie systemu USOS (Uniwersytecki System Obsługi Studiów). Przystępnie przedstawia to Krzysztof Abriszewski, który poświęcił USOSowi szereg wystąpień konferencyjnych i tekstów:

Maciej Frąckowiak: Dlaczego „zbiorowość”? Czy termin „społeczeństwo” już nam nie wystarcza, aby życie społeczne zrozumieć, opisywać i zmieniać?
Krzysztof Abriszewski: „Zbiorowość” można traktować jako upgrade pojęcia społeczeństwo. „Społeczeństwo” jest pojęciem, które funkcjonuje w pewnym typie nauk społecznych – świat ludzki redukowany jest tu do wzorów, przekonań, postaw czy innych zjawisk, które nie są traktowane jako zmaterializowane czy ucieleśnione. „Zbiorowość” zwraca uwagę, że ten okres mamy już za sobą i zaczynamy patrzeć na wspólny świat w szerszej optyce, biorąc pod uwagę nie tylko ludzi czy całości w rodzaju grup, kategorii czy klas społecznych, ale również to, co jest poza-ludzkie, a w świecie zbiorowym działa, jak przedmioty czy technologie. Konsekwencje tej zmiany widać lepiej, kiedy przyjrzymy się chociażby wprowadzeniu na polskie uniwersytety USOS-a, czyli elektronicznego systemu służącemu administrowaniu uczelnią, zarządzaniu zapisywaniem się na zajęcia, wystawianiem ocen oraz komunikacją między studentami, wykładowcami i administracją. Zwróć uwagę, że o USOSie myślimy najczęściej jako o typie bazy danych, czy oprogramowania, które jest narzędziem mającym usprawnić funkcjonowanie określonej struktury administracyjnej, biurokratycznej. Mamy tu więc klasyczny podział: struktura biurokratyczna, która nas interesuje i narzędzie, które nas nie interesuje, bo jest narzędziem. W ramach tradycyjnego sposobu myślenia powiemy, że biurokracja jest sztywna, albo elastyczna, że jest odpowiednio przygotowana do przyjęcia nowego oprogramowania lub nie. Drugi sposób myślenia postrzegałby USOS nie jako całość, ale jako szereg elementów, które wplatamy w sieci, które już istniały. Zaczynamy wtedy zwracać uwagę, że ten zbiorowy świat jest inaczej przekształcany. Wprowadzanie do biurokracji USOS-a wymaga wcześniejszego stworzenia infrastruktury technicznej. Jest to trywialne, ale podciągnięcie kabli czy zamontowanie oprogramowania wymusza również choćby stworzenie kogoś, kogo nazywam agentami USOS-a, czyli lokalnych specjalistów, którzy na różnych poziomach uniwersytetu będą ten system obsługiwać. W efekcie, zmiana polega nie tylko na tym, że w obrębie starej biurokracji pojawia się nowe narzędzie, ale na przekształceniach struktury komunikacyjnej całej instytucji. Dla przykładu, sprawę, którą kiedyś trzeba było załatwić poprzez pionowy obieg dokumentów: z poziomu instytutu, poprzez władze wydziału, dalej do rektora i z powrotem, teraz można załatwić inaczej: bezpośrednim telefonem do agenta USOS-a, który poprzez połączenie z centrum USOS-a ową sprawę załatwia w zupełnie innym trybie, z pominięciem powyższych szczebli. Inny przykład: zanim wprowadzono USOS jako wykładowca mogłem stawiać inne wymagania wobec osób, które wybierały odmienną formę zaliczenia: kto chciał wpisać przedmiot jako zaliczenie z oceną, ten musiał przeczytać kilka książek, komu zależało na zaliczeniu bez oceny, temu wystarczyła obecność na wykładach. W połowie semestru pojawił się jednak USOS, który wymógł ujednolicenie sposobu oceniania. Wszystkie ustalenia pomiędzy mną a studentami spaliły więc na panewce, w efekcie czego jedni na tę samą ocenę zapracowali więcej niż drudzy.

Nie rozpisując się zanadto dołożę kilka obserwacji z trwającej właśnie sesji i implementacji systemu USOS na mojej uczelni. Chciałbym zwrócić szczególną uwagę na nieuwzględnione relacje władzy jakie wprowadzenie systemu generuje oraz na pracę która musi zostać wykonana aby ten system działał (warto pamiętać, że to praca, która nie jest dodatkowo wynagradzana). USOS działa w logice modernistycznej i technokratycznej, to znaczy, że koszty jego działania są eksternalizowane na innych i nieuwzględniane.

Poniżej przedstawię kilka luźnych obsewracji, mam nadzieję, że komentatorzy je uzupełnią:

1. USOS wprowadza nowe relacje władzy i zmienia łańcuchy podejmowania decyzji. Okazuje się, że kluczowymi dla funkcjonowania systemu są wspomniani przez K. Abriszewskiego „agenci USOS”. Na moim wydziale oznacza, to tyle, że wszystkie decyzje administracyjne „przechodzą” w sumie przez jedną osobę (zwaną przez studentów/tki „USOSmanem”).

2. USOS zmienia zasady oceniania, przykładowo, w tej sesji po raz pierwszy studenci/tki będą mogli mieć „powtórki” z zaliczeń. Dlaczego? Gdyż taka możliwość była w USOSie i kadra musi się dostosować. Próbując zachować resztki władzy „ludzkiej” zadecydowano, że „poprawka” taka jest możliwa po uzyskaniu zgody dyrektora dydaktycznego danego instytutu. Nie oszukujmy się jednak, podejrzewam, że w praktyce także ten ostatni szaniec humanizmu wkrótce runie.

3. USOS w złożony sposób renegocjuje stosunki władzy pomiędzy studentami/tkami a kadrą. Czasami bywa to na korzyść studentów/tek, czasami działa to na korzyść kadry. Przykładowo brak indeksów papierowych powoduje, że studenci/tki nie mają żadnych możliwości zweryfikowania otrzymanej oceny. Podczas wpisywania egzaminów próbując ratować resztki relacji zaufania, po wpisaniu oceny i jej „zapisaniu” (save) odwracam laptop pokazując wpisaną ocenę. Cóż z tego, jeżeli w razie mej złej woli, mógłbym taką ocenę później wyedytować.

4. Innym przykładem jest „automatyczne” wyznaczanie terminów egzaminu (i rejestracja). „Automatyczne” umieszczenie egzaminu USOS wymaga od mnie albo fizycznego (albo emailowego) kontaktu z przynajmniej dwoma osobami (agent USOS i osoba z administracji, która przydziela sale). Ponadto, rejestracja na egzaminy zmienia sens „wyboru”. Dotychczas traktowałem bardzo poważnie prawo studentów/tek do tego, że są wolni w wyborze terminu egzaminu (z dwóch podanych). Nie robiłem list wstępnych, znosiłem takie sytuacje, że na jeden z terminów przychodziło kilka osób a na drugi większa część danej grupy. Rejestracja elektroniczna może wpłynąć na „wolność” takiego wyboru.

5. Zastanawia mnie to, że nikt nie przedyskutował ze mną kosztów wprowadzenie tego systemu. Oceny często uzupełniam w domu, nie wiem dlaczego założono, że mam w nim dostęp do internetu. Owszem mam, ale opłacam go z prywatnych środków, nie wiem dlaczego mam używać go do administracyjnej pracy uniwersyteckiej. Ponadto na samej uczelni korzystam z prywatnego laptopa (z wifi) do administrowania USOSem. Egzaminy i wpisy odbywam w różnych salach, często poza własnym gabinetem, bez własnego netbooka, musiałbym oceny wpisywać do notesów, zeszytów i przepisywać je do systemu. Ponadto pokój służbowy współdzielę z kilkoma innymi osobami, przypada na nas jeden komputer z internetem. Ciekawe jak mamy uniknąć „korków” podczas sesji. Znam pokoje, nieliczne co prawda, w których wykładowcy nie mają wcale dostępu do komputera z internetem.

6. Płynnie przejść możemy do kolejnego problemu – infrastruktury. Założyłem w poprzednim punkcie, że wifi na uczelni działa sprawnie (edurom).  Cóż jednak stanie się z sesją w razie awarii ogólnouczelnianej sieci bezprzewodowej? Wrócimy do karteluszek, notesów i wprowadzania wieczorami ocen w domu? Czy oprócz netbooka powinienem nosić ze sobą modem GSM i oczywiście sam opłacić koszty połączeń.

7. Kulturowy status indeksu papierowego został zlekceważony zupełnie przez reformatorów. Pomijam jego status jako dokumentu, który mógł służyć za jeden z dodaktowych sposobów weryfikacji wpisanych ocen. Indeks miał tą zaletę, że pomagał konstruować tożsamość studenta/tki. Dawał wgląd w wybrane przedmioty, pokazywał historię edukacyjną. Rezygnacja na rzecz zewnętrznego systemu USOS może przyczyniać się do czegoś co w kontekście późnokapitalistycznych stosunków pracy Sennett nazywał „korozją charakteru„. Indeks był pewną stałą, wobec której można było tworzyć mikro narrację tożsamościową. Jego brak może utrudniać utożsamianie się z procesem edukacji, utrudniać wytworzenie poczucia ciągłości. Indeksy były wplecione w pewien zespól rytuałów społecznych, które zostaną zniszczone. Pewnie nie były one na dzisiejszych uczelniach ogniskiem takich rytuałów jak dawniej, ale wciąż nikt nie zapytał o kulturowe oraz psychologiczne, tożsamościowe koszty ich utraty. Warto tu przez analogię pomyśleć o tym co kulturowo zniknęło z polskiej kultury (szczególnie prowincjonalnej) wraz z kresem obowiązkowego poboru do wojska. Nie oznacza to automatycznie chęci powrotu do pewnych rytuałów, na przykład słynnej „fali”. Oddajmy głos Michałowi Witkowskiemu:

Ileż scen filmowych (chociażby z Kondratiuka) stanie się niezrozumiałych  dla przyszłych pokoleń? Co dla nich będzie znaczyła fraza „kumpel z woja”?  Ogląda sobie taki rocznik dwutysięczny czy roczniczka dziewięćdziesiąta „Czy  jest tu panna na wydaniu?” Kondratiuka i nagle (a jakże!)  w pociągu spotyka się dwóch kumpli z wojska. Co oni z tego  zrozumieją? Albo naznaczoną operową koturnowością tragedię dziewczyny, której  chłopaka biorą do wojska, a co za tym idzie, cały repertuar gestów, np.  pokazywanie koleżankom zdjęcia chłopaka, który jest w wojsku, chodzenie  z kompotem pod koszary, gdy jest przepustka… Nic nie zrozumieją. Jeśli  nigdy nie było się kotem, nie zgłaszało „na ochotnika”, jeśli się nie tańczyło  na pokazie mody… Jeśli się nie jadło najgorszej rzeczy świata, czyli „chleba  z puszki”.

8. (edit) Jeszcze jeden drobiazg, sprawdzanie tożsamości studenta/tki. Kiedyś służył do tego indeks, dziś powinniśmy legitymować egzaminowanych. Z punktu widzenia wykonanej pracy USOS jej nie zmniejszył.

Czy doczekamy choćby się felietonu zatytułowanego „Ostatni indeks”?

indeks

Mógłbym wymieniać jeszcze inne, mniej lub bardziej oczywiste konsekwencje wprowadzania systemu USOS. Jeżeli podczas trwania sesji natknę się na jakieś szczególnie frapujące, dopiszę je do tej notki.

Celem notki nie jest neoluddystyczny, technofobiczny sprzeciw wobec USOSa. Pewne aspekty jego funkcjonowania, moim zdaniem, przyczyniają się do „polepszenia” procesu studiowania. Ciekawe są też niektóre aspekty renegocjacji pozycji władzy pomiędzy studentami/tkami a kadrą. Przeraża mnie kompletny brak demokratyczności jaki cechował proces wprowadzania tego systemu. Brak negocjacji w przypadku socjalizacji danej technologii powoduje, że skazani jesteśmy na ślepy przymus. Brnąć musimy po śliskich płytkach USOSa, bo nikt nigdy nie zapytał, o to, jak będzie się on zachowywał podczas „opadów śniegu”.

Na koniec śniąc o demokratyzacji nauki i techniki, także w ramach demokratyzowania uniwersytetów i procesów wytwarzania na nich wiedzy oddam głos ponownie Krzysztofowi Abriszewskiemu:

MF: Co zrobić, żeby tego uniknąć? Zapewnić rzeczom, które urastają w tej perspektywie do roli najbardziej marginalizowanego aktora społecznego, rzecznictwo; rozciągnąć demokrację na rzeczy? Brzmi ponętnie, ale jak by to wyglądało w praktyce: wyobrażasz sobie konsultacje społeczne, czy raczej „zbiorowe”, z udziałem technologii?
KA: Zacznijmy od wersji idealnej – demokratyzujemy zmianę techniczną, czyli przed jej wprowadzeniem organizujemy dyskusję. Oczywiście zawsze jest tak, że cały szereg różnych zmian jest trudno przewidywalny, czyli nie do końca wiemy, co wprowadzenie USOS-a spowoduje. Teoretycznie jednak zawsze jest taka możliwość, żeby zatrudnić fachowców, którzy się zajmą badaniem USOS-a, i przejdą, na przykład, z teorii mediów, próbując aplikować swoją wiedzę do tego, co USOS może spowodować. Potem gromadzimy tych różnych ekspertów razem i dyskutujemy na temat tego, co dany element w naszym zbiorowym świecie może zrobić, a następnie decydujemy czy go wprowadzić, czy nie. Wersja druga to wersja etnograficzna, realizowana w sytuacji, w której zmiana już się odbywa, a my jedynie możemy ją obserwować. Tradycyjnie badalibyśmy ludzi: zmiany i wytwarzanie się nowych grup, zmiany kanałów komunikacji, przyzwyczajeń i tym podobne. Natomiast kiedy zaczynamy USOS-a badać w trybie etnograficznym, w bliskim mi duchu studiów nad nauką i technologią, to nie jest tak, że porzucamy te pytania, ale się do nich nie ograniczamy. Jeżeli konieczne okaże się wejście do USOS-a na poziom techniczny i zaobserwowanie, w jaki sposób konkretne rozwiązania materialne powodują zmiany w owych sposobach grupowania się ludzi, to trzeba to zrobić. Różnica pomiędzy tymi perspektywami polega więc na tym, że myślenie tradycyjne traktuje technologię jako zmienną niezależną, którą się nie interesujemy bo jest sztywna, gdy tymczasem w perspektywie etnograficznej to, co techniczne czy materialne, jest tak samo elastyczne, jak to, co społeczne. Co istotne, dzięki zanurzeniu się w te zmiany techniczne i przekształcenia, które się przy ich udziale dokonują, możemy przewidzieć jakiego rodzaju problemy pojawią się przy wprowadzeniu kolejnych wersji USOS-a, albo innego, podobnego oprogramowania.
MF: Skutek procedur, o których mówisz byłby też taki, że ich wprowadzenie dramatycznie spowolniłoby jakąkolwiek zmianę w świecie zbiorowym.
KA: Nie sposób po prostu zapomnieć o potrzebie włączania rzeczy w konsultacje, ponieważ za chwilę będziemy musieli sobie radzić z anomaliami, które dziś są dla nas nieprzewidywalne. Jedynym sensownym sposobem byłoby zatem wprowadzenie procedur, o których mowa wyżej na skalę globalną. Krótko mówiąc, wyhamowujemy tempo zmian, ale wszyscy naraz, bo w momencie kiedy wyhamujemy my, a ktoś inny nie, to pojawia się rozziew w walce o zasoby

a024a132798836d65e01d26ed1e62d43_original

Andrzej „Fronesis”

 
53 Komentarze

Opublikował/a w dniu Styczeń 29, 2013 w badania w toku, krytyka

 

Tagi: , , , , ,

Hipoteza interferencji laboratoryzacji

Blog ten ma za zadanie służyć między innymi jako brudnopis do notowania różnorodnych pomysłów kręcących się wokół naszego projektu badania kontrowersji społeczno-naukowych i struktur wiedzy. Oto taki notatko-pomysł pod rozwagę:

Pośród interesujących nas kontrowersji znajduje się spór pomiędzy medycyną oficjalną a altmedem. Oczywiście uproszczeniem jest mówić o dwóch takich dużych całościach, ale chwilowo nie jest to istotne, więc problem na bok. Na poziomie konkretnych dyskusji i argumentacji uczestnicy przyjmują istnienie takich dwóch stron (np. antyszczepionkowcy versus zwolennicy szczepień), dlatego takie uproszczenie w pewnym zakresie można przyjąć.

Teraz problem: modernizacja polega między innymi na laboratoryzacji świata. Latour pokazywał to na przykładzie sukcesów Pasteura, mówiąc o pasteuryzacji Francji. Jak zatem w świecie, w którym wszystko wskazuje na triumf nauki (w tym medycyny), dochodzi do tego, że medycyna alternatywna, albo postawy sprzeciwiające się medycynie oficjalnej stają się pociągające. Innymi słowy: dlaczego altmed jest powabny?

Szukając odpowiedzi: mając na karku spadek po STS-ach, nie bardzo chcemy odpowiadać poprzez poszukiwanie jakichś ogólnych mechanizmów ścierania się idei (w stylu siły rozumu przeciw specyficznie nowoczesnej irracjonalności, albo jakoś tak). Ten tryb jest dla nas niewiarygodny. Bardziej interesujące jest rozważenie – jak widać ten problem z perspektywy pacjenta w szpitalu? Czy ktoś znajdujący się na terenie zwycięzcy – biopolitycznej instytucji panoptycznej (etc.) ma szanse „wyjść poza system” (mentalnie, w praktyce)?

Metodologia: badanie etnograficzne (z wszelkimi jego niedogodnościami).

Na czym skupiały się obserwacje: w obserwacjach interesowały mnie dwie rzeczy: 1. W jaki sposób wytwarzane jest niezadowolenie pacjenta? Jak jest ono dystrybuowane, w jaki sposób krąży, kto je podtrzymuje, kto uchyla? Założenie jest takie, że niezadowolenie artykułowane jako niezadowolenie, niechęć, czy rozczarowanie służbą zdrowia w ogóle może stanowić krok pierwszy w stronę altmedowej konkurencji (chociaż oczywiście, to nie jedyna droga). 2. Jak wygląda dynamika konstruowania wiedzy i, zwłaszcza, niewiedzy u podmiotu, aktora, pacjenta, działającego (sami wybierzcie sobie stosowne określenie)? Założenie jest takie, że poza niezadowoleniem (komponentem emocjonalnym), pacjent operuje pewnego rodzaju wiedzą i niewiedzą, według której ocenia i rozpoznaje działania personelu medycznego. Na tej podstawie może kwalifikować je jako słuszne, niesłuszne, kompetentne, niekompetentne, dobre, złe itd. (powiedzmy, że to komponent poznawczy).

I oczywiście, nie tyle interesowała nas wiedza jako „coś w głowie”, ile jako coś wykonywanego w praktyce (znów spadek STS-ów i ANT).

Obserwacje: okazywało się, że można było zaobserwować dwa standardowe obszary generowania niezadowolenia. Jeden oczywisty – zderzenie oczekiwań pacjentów z praktykami personelu medycznego. Jednakże na tym skupiałem się w mniejszym stopniu, ponieważ raczej prowadził do narzekania na instytucję, bez ingerencji w poziom wiedzy. Drugi był ciekawszy: dotyczył tych pacjentów, którzy sumiennie wykonywali zalecenia personelu (obecne lub wcześniejsze, w przypadku przewlekłych problemów).

Teraz szybki obrót perspektywy: zamiast patrzeć na działającego tak czy inaczej pacjenta, spójrzmy na dynamikę całej sieci (zbiorowości, asemblażu, materialnej konfiguracji, wiązki procesów – znów proszę sobie wybrać właściwe określenie). Wspominałem wcześniej o laboratoryzacji: chodzi o pacjentów, którzy poprzez własne praktyki uczestniczyli w skutecznej laboratoryzacji, to znaczy przekształcili tak swoje otoczenie, aby zamieniło się w quasi laboratorium. Ich doświadczenie polegało na zderzeniu z dziurami w laboratoryzacji ze strony placówki medycznych. Innymi słowy – ci pacjenci rozszerzali warunki medyczno-laboratoryjne i jednocześnie obserwowali, że nie czyni tego szpital. Zamiast tego działo się coś innego, różne frakcje szpitala (bez technicznego żargonu trochę brakuje mi tu sposobów ujęcia problemu :)) realizowały różne procesy laboratoryzacji, które wcale nie musiały się ze sobą sklejać. Więcej nawet, mogły się ze sobą kłócić. I to było właśnie to doświadczenie dziur.

Przykłady: miesięczne niemowlę, rodzice mają zalecenia jak najstaranniejszego izolowania od kontaktów z innymi w celu uniknięcia bardzo groźnych w tym przypadku infekcji (laboratoryzacja 1). W ramach badań ogólnych dziecko zostaje skierowane na badanie USG i czeka w kolejce poza swoim oddziałem w tłumie osób chorych (np.  pokasłujących, kichających) oraz osób spoza szpitala (laboratoryzacja 2).

Pacjentka w podeszłym wieku ze złamaniami i potłuczeniami zostaje skierowana na prześwietlenie złamanej ręki. Nie może jednak uzyskać pomocy w położeniu się, ani odpowiednim ułożeniu ręki, ponieważ technik robiący prześwietlenie nie jest świadom kompleksowości problemu (złamanych żeber, potłuczeń). Tutaj ogólne zalecenia, które otrzymuje pacjentka związane z jej całościowym stanem (laboratoryzacja 1) zderzają się z wybiórczymi manipulacjami skoncentrowanymi jedynie na złamanej kończynie (laboratoryzacja 2).

Komentarz do przykładów: To krótkie przykłady dla orientacji. Ważne jest dla mnie wyłowienie pewnej ogólnej mechaniki – nie chodzi o indywidualne wady i zalety, czy uchybienia, czy sukcesy (w stylu „troskliwy lekarz”, czy „lekarz bezduszny i niezainteresowany”), ile o mechanizmy rozproszone generujące nakładanie na siebie odmiennych laboratoryzacji.

Hipoteza: moja hipoteza przyjmuje więc następującą postać: nakładające się na siebie różne laboratoryzacje tworzą niejednorodne strefy większej lub mniejszej skuteczności obejmowania pacjenta praktykami medycznymi (naukowymi, laboratoryjnymi), co w rezultacie może wytwarzać wrażenie, że szpitale same nie przestrzegają swoich zaleceń. Podobnie jak w zjawisku interferencji fal pojawiają się obszary jaśniejsze i ciemniejsze, tak tutaj można mówić o interferencji laboratoryzacji.

Zalecenia: tutaj jestem w kropce. Ogólne zalecenie, które przychodzi mi do łowy polega na konieczności usprawnienia krążenia informacji tak, aby przechodziły między różnymi laboratoryzacjami. W rezultacie, powinno to wygładzić różnice między „obszarami ciemniejszymi i jaśniejszymi”. Ale to nazbyt ogólnikowe.

No dobrze, tak czy owak, jest to praca w toku i powyższe pospieszne ubranie jej części w słowa ma za zadanie otworzyć możliwości usprawniania analiz. Jedno chciałbym podkreślić, jeśli nie stało się to dotąd jasne: intencją nie jest przeprowadzanie „krytyki medykalizacji” lub coś podobnego (np. „krytyka uprzedmiotowienia pacjenta” etc.), a taka analiza faktycznych praktyk medycznych, która może zostać wykorzystana do poprawy organizacji procesu leczenia ludzi.

KRZYSZTOF

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 11, 2012 w badania w toku

 

Tagi: , , , ,