RSS

Archiwa tagu: medykalizacja

Pułapki (nad)krytycznego (bez)rozumu

Krytyka nowoczesności i nowoczesnych struktur wiedzy jest tak wiekowa jak sama nowoczesność. Krytyka ta miał różną dynamikę, związana była z wieloma interesami, wynikała z wielu (często sprzecznych) pobudek ideowych. Od klasycznego konserwatyzmu spod znaku de Maistre’a po pesymistycznych krytyków kultury  z okresu międzywojnia: M. Heidegger, E. Jünger, C. Schmitt czy z innej tradycji politycznej T. Adorno. Kolejnym silnym momentem w którym krytyka nowoczesności się rozwijała była „rewolucja 1968„.  Ostatnią z fal krytyki był, przemijający dziś postmodernizm. Pomiędzy falą rewolucji 1968 a okresem fascynacji postmodernizmem w tle rozwijała się krytyka nowoczesności spod znaku „Nowej Ery” (New Age).

Można zaryzykować za I. Wallersteinem i częściowo U. Beckiem, że do 1968 roku mieliśmy do czynienia z dość klarownym układem: postęp i nowoczesność były ze sobą tożsame, krytyka nowoczesności (i nowoczesnych struktur wiedzy) przebiegała z pozycji konserwatywnych, anty-nowoczesnych, anty-postępowych, anty-naukowych.

Jeżeli przyjmiemy za Beckiem, że dziś mamy do czynienia raczej z nową fazą nowoczesności, to powyższy układ uległ znacznemu skomplikowaniu. Nowoczesność pierwsza (prosta) rozwijała się zawłaszczając  zewnętrzne w stosunku do niej (podbój przyrody, kolonizacja, medykalizacja etc.). Nowoczesność druga jest samo-zwrotna, pożera samą siebie. Beck nazywa to chwytnie choć myląco – społeczeństwem ryzyka. Widać jego przejawy dzięki kryzysom ekologicznym,  problemom wywoływanym przez innowacje techniczne, etc. Dziś być nowoczesnym (w jej refleksywnym sensie) to trudne zadanie, to konieczność równoczesnego uprawiania krytyki negatywnych skutków nowoczesności i równoczesna obrona tej nowoczesności. Nowoczesność bezkrytyczna spowoduje, że nie widzimy skutków ubocznych, które są wytwarzane, (nad)krytyczność spowoduje zniszczenie nowoczesności samej. To samo dotyczy uwikłania rozwiniętych w nowoczesności  i wciąż w nią uwikłanych struktur wiedzy.

Krytyka nowoczesnych wiedzy (szerzej nauki) to trudne zadanie, najlepiej to widać na przykładach związanych z medycyną gdzie krytykując nadużycia „białych kitli” możemy łatwo stoczyć się w Otchłań (lub być jako Otchłań postrzegani). Akademiccy krytycy nowoczesności, czytelnicy Foucaulta, Agambena, Haraway, Braidotii i innych, moim zdaniem, często nie zdają sobie sprawy jak blisko są kontekstów, które nie są im chyba bliskie.

Niebezpieczeństwa krytycznego rozumu, który obraca się w niekrytyczną irracjonalność pokażę na przykładzie tekstu „Kilka uwag o państwie terapeutycznym” zamieszczonym na stronie „Nowa Debata„. Analizowałem już kiedyś neokolonialny i ocierający się o rasizm kulturowy tekst „Chora Afryka”.  Do zajęcia się zagadnieniem tekstem o  państwie terapeutycznym skłonił mnie ten wpis na blogu Marii Sobolewskiej. Zarówno jej osoba jak i blog to ważne centra, gwiazdy socjometryczne polskich środowisk skupionych wokół „medycyny alternatywnej”.  We wspomnianym wpisie p. Sobolewska używa cynicznie faktu, jakim jest śmierć Magdaleny Prokopowicz do promowania swojej wizji świata. Jednego ze zwolenników medycyny opartej na sprawdzalnych metodach (evidence based medicine) skłoniło to do deklaracji bezsilności.  To bardzo ciekawe przesunięcie, dotychczas często to strona przywiązana do medycyny opartej na sprawdzalnych metodach była oskarżana  z pozycji moralnych. Teraz widać jasno odwrócenie tej sytuacji.

Bycie zwolennikiem medycyny alternatywnej, postawa, która zgłasza pretensje do bycia korektą, głosem krytyki wobec  medycyny ujawniła swój najbardziej negatywny aspekt. Okazuje się, że krytyka nie służy korekcie, nie powoduje wzrostu samorefleksji. Krytyka nie stanowi elementu autokorekty to raczej element tego,  co Beck nazywa „wojnami cywilizacyjnymi o kształt nowoczesności”. Jednak wygrana „altmedu” spowoduje zniszczenie nowoczesności samej a nie jej samo-korektę.

Oto przykład głosu z okopów altmedu:

Pacjent świadomy i odpowiedzialny to pacjent, który nie pozwoli się oszukać, wykorzystać, ani tym bardziej uśmiercić. Dlatego system medyczny dąży do tego, żeby utrzymywać ludzi w całkowitej nieświadomości faktu, że istnieje możliwość skorzystania z pomocy konkurencji, czyli znakomicie działającej i skutecznej medycyny naturalnej, a nawet że sami mogą zadbać o swoje zdrowie i wyleczyć się nawet z najbardziej “złośliwych” nowotworów. Ten fakt nie tylko jest ukrywany, ale co gorsze straszy się ludzi natychmiastową śmiercią, jeśli nie skorzystają z oferty naukowej medycyny.

Wróćmy do tekstu  „Kilka uwag o państwie terapeutycznym„, jego analiza świetnie pokazuje pułapki (nad)krytyczności, która pod pozorem krytyki przyczynia się podmywania coraz słabszych struktur nowoczesności. Równocześnie krytyka taka nie jest w stanie pełnić roli mechanizmu korekcyjnego. Chciałbym żebysmy jednak zauważyli jak blisko jest omawianemu tekstowi do głosów obecnych szeroko w murach uniwersyteckich. Tekst „Kilka uwag o państwie terapeutycznym” mógłby być z aprobatą wygłoszny na konferencjach poświęconych biopolityce, medykalizacji, etc.  Co więcej mógłby się spotkac pewnie z aprobataą ze strony środowisk „krytycznych”, ze strony czytelników Agambena i Foucault.

Oddajmy głos autorom tekstu „Kilka uwag o państwie terapeutycznym”:

Analizując rolę medycyny we współczesnym świecie, należy spojrzeć na nią w kontekście tego, co za Thomasem Szaszem, nazywane bywa „państwem terapeutycznym”. W uproszczeniu, koncepcja ta określa system państwowych i związanych z państwem instytucji, które swoją legitymizację czerpią z zapewniania obywatelom zdrowia, a co za tym idzie zainteresowane są w medykalizacji coraz szerszej sfery ludzkiego życia – im więcej zachowań, stanów medycznych, dolegliwości uznanych zostanie za chorobę, tym większe możliwości działania i rozbudowy swoich wpływów i władzy mają aparaty zajmujące się zdrowiem.

Powyższy cytat wyrwany z kontekstu całego tekstu jak i artykułów proponowanych na  portalu „Nowa debata” brzmi jak krytyka w stylu Foucault czy Agambena. Powoływanie się na Tomasha Szasza pokazuje, że autorzy świadomie wpisują się w nurt krytyk powstałych wokół przełomu „rewolucji 1968”. Jednym z jej sztandarowych przykładów było powstanie nurtu antypsychiatrii czy psychiatrii humanistycznej. Psychiatria humanistyczna w stylu A. Kępińskiego kiedy stanowi uzupełnienie, korektę jest mechanizmem naprawczym wbudowanym w nowoczesność i jej struktury wiedzy. Co się dzieje kiedy się ona autonomizuje? Przykładem znamiennym jest sprawa Andrzeja Samsona, który był ikoną polskiego przełomu anty-psychiatrycznego. Kiedy opuszczamy bezpieczne mury „naukowości” nie oznacza to tylko wyzwolenia od tyranii technokratycznej medykalizacji oznacza to często też wędrówkę w obszary nieoznaczone, niepewne, niesprawdzalne. Ucieczka od władzy medykalizacji nie jest automatycznie wolnością.

Używanie narkotyków, palenie papierosów, nadmierne jedzenie, kradzieże w sklepach (kleptomania), zachowania seksualne, uprzedzenia rasowe, poglądy polityczne, żałoba, nieśmiałość, nieposłuszeństwo obywatelskie, samobójstwo, ciąża, narodziny, starość, śmierć – praktycznie wszystko może zostać uznane za chorobę albo symptom choroby. Pojawiają się coraz to nowe choroby jak syndrom chronicznego zmęczenia, fobia socjalna, małe piersi u kobiet, dysfunkcjonalność seksualna, łysienie, nowe choroby dziecięce, jak „nadpobudliwość” czy deficyt uwagi.

Znów cytat powyższy brzmi jak sensowna krytyka. Wiele obozów może zawiązać sojusz wokół tego cytatu: liberałowie, feministki, osoby przeciwstawiające się ageizmowi, etc. Gdzie zatem tkwi niebezpieczeństwo tego cytatu? Musimy spojrzeć na kontekst w jakim jest umieszczony. Czy dziś kiedy z takim trudem Obama próbuje przeforsować powszechną opiekę zdrowotną w USA, w Polsce obcina się masowo fundusze na ochronę zdrowia, leczenie malarii wciąż nie jest na liście priorytetów naprawdę grozi nam nadmierna medykalizacja. Pytanie brzmi o to o jakim zjawisku mówimy: krytykujemy nowoczesność jako dziecko nadziej Oświecenia, czy nowoczesność jako zjawisko powstałe w wyniku rozwoju kapitalizmu. W tym drugim wypadku zgoda, faktycznie w wielu krajach centrum, peryferyjnych i półperyferyjnych zarówno mamy do czynienia z „disease mongering”, niebezpiecznym splotem kapitału i medycyny. Rozwiązaniem nie jest jednak anty-nowoczesny backslash ale neo-Oświeceniowa korekta. Jeżeli „nauka” przegrywa z „kapitałem” nie należy walczyć z „nauką” ale z „kapitałem”. Niestety ambiwalencja nowoczesności, która jest jednocześnie wynikiem kapitalizmu (i jego dwuznaczności) i Oświecenia (które też samo wewnętrznie jest dwuznaczne) umyka często nadkrytycznym krytykom. Dość dobrze pokazywał to J. Habermas w swojej książce „Filozoficzny dyskurs nowoczesności”.

Ciekawe jest, że autorzy tekstu krytykują „państwo terapeutyczne” podczas gdy głównymi „czarnymi charakterami” są koncerny farmaceutyczne. Zamiast dostrzec palącą potrzebę wzmocnienia naszych wspólnotowych demokratycznych sposobów panowania nad kontrolowaniem innowacji naukowych w tym medycznych krytykując państwo osłabiają możliwości takiej kontroli. Spójrzmy na przydługi cytat:

Zjawiska te wpisują się w szerszą tendencję zapoczątkowaną około drugiej połowy lat 70. zeszłego stulecia, kiedy mur pomiędzy światem akademickim a światem korporacji zaczyna być stopniowo burzony za pomocą ciężkich pieniędzy z korporacji farmaceutycznych i biotechnologicznych płynących do niedofinansowanych uniwersytetów, do badaczy (biologów, genetyków etc.), którzy dostrzegli szansę na zarobienie tylu pieniędzy, co ich koledzy w sektorze prywatnym. Od końca lat 70. możliwe stało się w USA patentowanie odkryć biologicznych, technik biologicznych czy bytów biologicznych i robienie pieniędzy na ideach biologicznych. Za prezydentury Ronalda Reagana weszły w USA w życie ustawy zezwalające uniwersytetom na patentowanie, także w celu odsprzedawania praw patentowych, tych odkryć, które zostały sfinansowane z budżetu Narodowego Instytutu Zdrowia, zaczęły powstawać małe spółki biotechnologiczne tworzone przez naukowców, prowadzące badania i sprzedające licencje. Co trzeci lek znajdujący się obecnie na rynku jest produkowany przez wielkie korporacje na podstawie licencji odkupionej od uniwersytetu lub małej spółki biotechnologicznej, zwykle powiązanej przynajmniej personalnie z uniwersytetem. Zawiązał się komercyjny sojusz pomiędzy ośrodkami badawczymi, uniwersytetami i korporacjami farmaceutycznymi, możliwe stają się wspólne patenty korporacji, osób prywatnych i instytucji akademickich. Znaczna część naukowców biomedycznych mających finansowe powiązania z przemysłem farmaceutycznym prowadzi badania, których zasadniczym celem jest zidentyfikowanie rynków chorób i zapewnienie największych zysków na tych rynkach dla producentów leków. Powstała grupa naukowców-przedsiębiorców, uniwersytety zaczynają działać na takich zasadach jak koncerny. Cel, jakim było poszukiwanie prawdy, podporządkowany zostaje innym celom – poszukiwaniu zysku i bogactwa. Utajnia się wyniki badań i odkryć, aby konkurencja się nie dowiedziała. Brytyjski filozof nauki John Ziman nazywa to nauką postakademicką, w której nie obowiązują: tradycyjna ciekawość, pragnienie rozszerzenia wiedzy naukowej, bezinteresowne poszukiwanie prawdy, swobodna dyskusja. Mamy do czynienia z marketingiem i reklamą zawoalowanymi jako nauka, co podważa samą ideę uniwersytetu. Wszystkimi tymi problemami powinni zająć się bioetycy, ale okazuje się, że ośrodki Etyki Biomedycznej też są finansowane przez korporacje!

W swoim artykule „Big Pharma, Bad Science” na łamach „The Nation” (25.07.2002) Nathan Newman stwierdził: „korupcja sięga od lekarzy przepisujących leki po komisje rządowe i uniwersyteckie ośrodki badawcze”. Newman uważa, że przemysł farmaceutyczny zamienił ośrodki uniwersyteckie w swoje filie. Redaktorka „New England Journal of Medicine” Marcia Angell pytała na łamach pisma w 2000 roku, „Czy akademicka medycyna jest na sprzedaż?”. Pytanie chyba retoryczne. Profesor na Harvardzie Arnold Relman, były redaktor „New England Journal of Medicine”, który w 1980 roku dostrzegł powstanie „kompleksu medyczno-przemysłowego”, wypowiedział w 2002 roku ostre słowa: „Akademickie instytucje tego kraju stały się płatnymi agentami przemysłu farmaceutycznego”.

Podobnie korporacje traktują lekarzy, których najistotniejszą funkcją ma być przepisywanie leków. Mają oni działać jako ostatnie ogniwo „łańcucha żywieniowego” w kompleksie medyczno-przemysłowym, być dystrybutorami produktów, dostawcami leków do klienta, akwizytorami jednej z najbardziej zyskownych gałęzi przemysłu na naszej planecie. W całym tym przedsięwzięciu uczestniczą związki i stowarzyszenia lekarzy, również sponsorowane przez korporacje.

Bez uwzględnienia powyższych aspektów, bez zrozumienia mechanizmów działania państwa terapeutycznego, dyskusja o roli medycyny we współczesnym świecie jest tylko debatą pozorną.

Na końcu tej analizy pojawia się znów „państwo terapeutyczne” jako wróg i to po tym jak autorzy opisali (nie wnikam czy zgodnie ze stanem faktycznym) patologie wynikające z działań kapitału. Na tym polega zasadnicze niebezpieczeństwo i pułapki (nad)krytyczności – walcząc z przejawami nowoczesności (z jej dwuznacznościami) krytyka w swej totalizującej formie wyrzuca wszystko.  Nie ma różnicy pomiędzy kapitałem, polityką, nauką wraz z ich dwuznacznościami wszystko jako „postępowe” i „nowoczesne” uznane zostaje za jedno zjawisko.

Taki sposób krytyki nie stanowi formy emancypacji, nie prowadzi do zrozumienia splotów polityki i nauki. Nie pozwala  na wypracowanie demokratycznych narzędzi potrzebnych do korekty obecnych dziś tendencji technokratycznych czy przejawów nadmiernej medykalizacji. Reakcyjna (nad)krytyczność prowadzi nas na manowce nowych form bezrozumu. Dlaczego warto czytać takie teksty jak ten na portalu „Nowe debaty”? Choćby po to, że by zauważyć, że krytyka spod znaku Agambena, niektóre użytki z Foucault, które są  relatywnie bezpieczne w murach „Akademii” stosowane poza nią mogą postawić nas w nieciekawym towarzystwie. Krytyka nauki wewnątrz akademii wyniesiona na „zewnątrz” staje się czymś zupełnie innym a sojusznicy których zyskamy dość nieciekawi. Problemem jest to, że w refleksywnym świecie „społeczeństwa ryzyka” owa niegdyś podtrzymywana z trudem granica pomiędzy zewnętrzem a wewnętrznem,coraz bardziej się zaciera.

Pytanie brzmi jak równocześnie zachować korekcyjny charakter krytyki nie wpadając w (nad)krytyczność jako formę antynowoczesnego bezrozumu.

Na koniec filmik ku przestrodze, jedne z wielu podobnych dostępnych na „Uniwersytecie Youtube’a”.

 

/Andrzej „Fronesis”/

 
15 komentarzy

Opublikował/a w dniu Czerwiec 29, 2012 w sceptycznie

 

Tagi: , ,