RSS

Archiwa tagu: struktury wiedzy

Blogi zamiast egzaminów ustnych

Ponieważ moje wątpliwości co do akademickiej dynamiki wiedzy, w tym form jej sprawdzania, zamiast się wytłumiać, narastają, kontynuuję i rozszerzam stosowanie eksperymentalnych form zaliczania/egzaminowania. Dodatkowo wprowadzam pewną nowość. Dotychczas zaliczający „antropologię współczesności” mieli za zadanie robić aplikacje wybranych teorii. W tym roku blogowanie obejmuje jeszcze „teorię kultury” (na razie eksperymentalnie tylko pierwszy semestr) oraz nowy przedmiot „badanie kultury współczesnej”. W związku z tym, odgórnie wprowadziłem dwa typy notek: notki wyjaśniające (kawałek jakiejś teorii podany jak dla przedszkolaka) i notki aplikujące (czyli oglądanie wybranego kawałka świata poprzez jaką teorię).

Teraz, dlaczego?

Egzaminy ustne bądź pisemne sprawdzające opanowanie pamięciowe jakiegoś materiału ulokowane są w kulturze naukowej dziewiętnastego wieku i pierwszej połowy (właściwie trochę więcej) wieku dwudziestego. Książka drukowana jest niezwykle potężnym narzędziem gromadzenia wiedzy i manipulowania nią. Ale… Aby szybko wiedzą taką operować, zrobić na przykład aplikację jakiejś teorii która nie zajmie pięciu lat prac przygotowawczych, potrzeba ludzi, którzy wybranym zakresem materiału (książek) biegle się posługują. Przywołują treści, wiedzą co, gdzie się znajduje, potrafią twórczo krzyżować ze sobą wybrane wątki, motywy, dane.

Komputery oraz Internet zmieniają stan rzeczy. Nawet jeśli nie potraktujemy ich jako kolejnej warstwy mediów (jak chcą niektórzy badacze), a będą dla nas „jedynie” niezwykłą bazą danych, to już zmieniają całkowicie warunki gry. Zajęcia, które trwają semestr i oferują pobieżny przegląd jakiegoś obszaru (np. historia filozofii) przegrywają w dostępności informacji z jednym wieczorem intensywnego sieciowania. Olbrzymie zakresy informacji, które wcześniej były możliwe do zoperacjonalizowania jedynie dzięki zapamiętaniu, teraz są na odległość kliknięcia lewym klawiszem myszki (dwóch stuknięć touchpadu). Edukacja nie przestała być potrzebna, oczywiście, ale całkowicie zmieniły się kryteria jej efektywności.

Podobnie dzieje się z rolą wykładowcy. Jeśli przyjmę (absurdalną) rolę konkurującego z Internetem (w zakresie wiedzy), to szanse sukcesu (jakiegokolwiek) są marne. Raczej należy zmienić rolę, a sieć potraktować jako normalny, istotny element otoczenia (kulturowego i edukacyjnego), w tym jako jedno z narzędzi w procesie kształcenia.

Do sedna, czyli do sprawdzianów. Egzaminy nakazujące odtwarzać z pamięci pewne treści wyraźnie więc należą do innej kultury, nawet jeśli jeszcze siłą inercji są nadal wszechobecne. Ważniejsze zdaje mi się to, co zupełnie podstawowe dla badacza kultury (z dowolnej subdziedziny) – umiejętność aplikowania teorii, ram interpretacyjnych, pojęć, perspektyw oraz zdolność do przełączania się między nimi.

Blogi jako forma zaliczenia mają jeszcze wymiar kulturowo-polityczny. Egzaminacyjnych prac pisemnych nikt nie czyta (niejednokrotnie wliczając w to egzaminatora), egzaminy ustne są próżnym popisem. Dobrze zrobione notki na blogu mogą z kolei przyczynić się do upubliczniania ezoterycznej, akademickiej wiedzy opowiadając się tym samym przeciw jej prywatyzowaniu i grodzeniu dostępu do niej, spełniając tym samym jedno z oświeceniowych marzeń.

Zdecydowałem się na kontynuowanie eksperymentu blogowego, bo jeśli nie będą robiły to osoby, które tak jak ja, podają jako profesjonalne zainteresowania socjologię wiedzy, czy teorię kultury, to kto inny ma to zrobić?

I jeszcze notka na marginesie – pamiętać należy, że krajobraz wiedzy nie jest jednolity i rzecz jasna istnieją obszary, gdzie pamiętanie dużych ilości informacji jest istotne. Są takie, gdzie taka pamięciówka jest jednym z warunków wejścia w pole, są też takie, gdzie pamięciówka towarzyszy działaniu w danym polu.
Notka uzupełniająca: pierwszy egzemplarz tego wpisu powędrował na mojego bloga, ale wrzucam go również tutaj. Tam pojawił się, bo dotyczy organizacji mojej organizacji pracy ze studentami w tym roku akademickim, tutaj, ponieważ dotyczy struktur wiedzy.

Krzysztof

 
3 komentarze

Opublikował/a w dniu Październik 14, 2012 w lokalnie

 

Tagi: , , , ,

Banalność racjonalności (i nauki)

Wakacje to okres lektur lżejszych i często przypadkowych. Każdy urlop to pozycje do pociągu, samolotu, nad jezioro, część z nich potrafi być inspirująca i zaskakująca. Właśnie na taką pozycję trafiłem.

Książką tą jest „Potęga checklisty. Jak opanować chaos i zyskać swobodę w działaniu” autorstwa Atula Gawande.

 Autor jest amerykańskim chirurgiem i sławą literatury popularno-naukowej (samolotowo – pociągowej). Książka zawiera szereg przykładów na sposoby radzenia sobie ze złożonością – od opisu procedury cewnikowania, zestawu procedur dla chirurgów, budowy drapaczy chmur po prowadzenie samolotów. Sama książka choć prosta i właściwie nigdzie wprost nie odnosi się do nauki w mocnym sensie (science) mówi więcej o naturze racjonalności naukowej niż twórczość filozofów (szczególnie spod znaku filozofii analitycznej). Potraktowanie książki zbyt dosłownie może zmylić, przecież jest to książka popularna, dziennikarska a nie wykład akademicki czy studium.

Co jednak tak ważnego możemy się z niej dowiedzieć o strukturach wiedzy, specyfice racjonalności, że postanowiłem zadać sobie trud napisania tej krótkiej recenzji. To co w tej książce najważniejsze,  to pokazanie racjonalności i redukcji złożoności jako banału, zespołu procedur, często głównie manualnych. Racjonalność redukcja złożoności to szereg podpunktów na kartce, to zapisanie kroków, algorytmu działania, to pokolorowanie pisakami zadań tak je szybko klasyfikować w odpowiednie grupy (przykładowo ze względu na ich funkcjonalne podobieństwo).

Lista kontrolna (checklista) – bohaterka książki to cicha bohaterka nie tylko pokazująca w jaki sposób radzimy sobie ze złożonością w codziennych czynnościach. Lista kontrolna to też bardziej poważna dyskusja nad tym czym jest racjonalność (w tym naukowa). Lista kontrolna, procedury to przykład na to, że nauka nie opiera się na genialnych jednostkach (ze specjalnymi mózgami) ale raczej na dziesiątkach drobnych, nieznaczących procedur. Procedur, które są zestandaryzowane, stabilizują nasze działanie oraz stanowią ważny element komunikacji zespołowej (oraz auto-komunikacji). To ostatnie to banalna potrzeba samokontroli i autokorekty naszych działań.

Listy kontrolne, drukowane fiszki, tabele, białe tablice i pisaki  to sposoby redukcji, które zapewniły sukces fundujący nowoczesność i nierozerwalnie związane z nią standardy naukowości i racjonalności.

Naukowcy nie różnią się od nie-naukowców wielkością mózgów, kulturą, sposobem życia, IQ. To co ich różni to możliwość „manipulacji” światem dzięki procedurom jego „zmniejszania”. To było możliwe dzięki drukowi, powstaniu map, formularzy tabel, etc. Opisywana przez Gawande lista kontrolna to świetny przykład takiego „zmniejszania” świata tak aby stał się manipulowalny.  Tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej o „zmniejszaniu” świata oraz o „banalności” nauki i racjonalności  odsyłam do świetnego tekstu Bruno Latoura „Wizualizacja i poznanie” w najnowszym numerze pisma „Avant”.

Procedury, sprawdzalność, powtarzalność, sprowadzanie złożoności do sekwencji, czegoś co da się uchwycić to także ważny element demarkacyjny wiedzy racjonalnej, naukowej od paranauk i pseudonauki. Dobrze to wiedzą dyskutanci na blogu Barta,  gdy używają argumentu z „podwójnej ślepej próby”.

Naukowcy nie są „mądrzejsi” od pseudonaukowców, nie jest tez prawdziwe stwierdzenie odwrotne. Procedura medyczna oprata o „evidence-based medicine” jest przede wszystkim „nauczalna” i może być sprowadzona do szeregu instrukcji, list kontrolnych, procedur.

W większości przypadków nie da się powiedzieć tego o tzw. medycynie alternatywnej.  Tam nie raz też mamy do czynienia z procedurami, ale z reguły zawierają one „luki ontologiczne”. Czym one są? To przerwa, wyrwa w szeregu działań, procedur, która wymaga porzucenia lokalnej  „ontologii”. Gdzieś po drodze następują tajemnicze „czary – mary”. Czymś takim jest wymóg „postrząsania” w sporządzaniu roztworów w homeopatii. Tu dochodzimy do ważnego momentu, same procedury, listy kontrolne oczywiście nie wystarczą, one są elementem sieci w której funkcjonują i są wytwarzane fakty naukowe. „Potrząsanie”, „pukanie” roztworem jako przykład, że trzymanie się tylko procedur nie wystarcza prowadzi na manowce.

Dobrze widać, że procedury nie są jedynym i wystarczającym warunkiem naukowości gdy przyjrzymy się bardzo znanemu modelowi „krążenia” faktów naukowych zaczerpniętemu z książki Bruno Latoura Pandora’s hope. W rysunku poniżej mamy pięć  „pętli”, które połączone razem miały stanowić model praktyki naukowej. Wymieńmy je: mobilizowanie świata, autonomizacja, sprzymierzeńcy, reprezentacja publiczna, powiązania i węzły. Mobilizowanie świata to „pakowanie świata w słowa”, to praktyka laboratoryjna, eksperyment, możliwość studiowania „księgi natury”. Autonomizacja to wpisywanie się w rolę zawodową, funkcjonowanie w ramach kolektywów badawczych (używając terminu Flecka). Sprzymierzeńcy to przede wszystkim pozyskiwanie funduszy, instytucjonalizacja „zainteresowania” (co dobrze pokazywał cytat dotyczący Pasteura), reprezentacja publiczna to „oswajanie” ludzi z badaniami, budowanie zaufania do nauki, relacje z mediami i teksty popularnonaukowe. Wreszcie powiązania i węzły to pętla nauki, która łączy wszystkie inne pętle. Są one od siebie bowiem nierozdzielne.

Waga procedur, list kontrolnych, redukcja złożoności poprzez „delegowanie” do zespołowo koordynowanych i prostych półautomatycznych procedur to ważny element obecny właściwe w każdej z powyższych „pętli”. Dopiero całość obrazu (wszystkie pętle) tworzą fakt naukowy. Kolektywem z procedurami ale bez mobilizacji świata (instrumentów i laboratoryjnego pakowania „rzeczy” w słowa) może być choćby każda zrytualizowana sekta spod znaku „świętego granatu ręcznego”:

Książka Gawande (oraz oczywiście teksty Bruno Latoura) to także silny głos przeciwko figurze „samotnego kowboja” jako symbolu błędnego rozumienia tego jak powstaje wiedza. To nie samotni geniusze (obojętnie czy to mistrzowie murarscy czy chirurdzy) są kluczowi dla nauki i wiedzy ale zespoły i procedury. Oczywiście czytając o  listach kontrolnych, zespołach badawczych, procedurach wydaje się, że przecież to oczywiste i banalne. Polecam jednak mały eksperyment, proszę zapoznać się ze standardowymi książkami z zakresu filozofii nauki dostępnymi w Polsce i proszę spróbować znaleźć tą „banalną” ale fundamentalną cechę wiedzy racjonalnej i naukowej.

Na koniec polecam posłuchać samego  autora:

Andrzej „Fronesis”

 
13 komentarzy

Opublikował/a w dniu Lipiec 18, 2012 w Recenzje

 

Tagi: , , ,

Hipoteza interferencji laboratoryzacji

Blog ten ma za zadanie służyć między innymi jako brudnopis do notowania różnorodnych pomysłów kręcących się wokół naszego projektu badania kontrowersji społeczno-naukowych i struktur wiedzy. Oto taki notatko-pomysł pod rozwagę:

Pośród interesujących nas kontrowersji znajduje się spór pomiędzy medycyną oficjalną a altmedem. Oczywiście uproszczeniem jest mówić o dwóch takich dużych całościach, ale chwilowo nie jest to istotne, więc problem na bok. Na poziomie konkretnych dyskusji i argumentacji uczestnicy przyjmują istnienie takich dwóch stron (np. antyszczepionkowcy versus zwolennicy szczepień), dlatego takie uproszczenie w pewnym zakresie można przyjąć.

Teraz problem: modernizacja polega między innymi na laboratoryzacji świata. Latour pokazywał to na przykładzie sukcesów Pasteura, mówiąc o pasteuryzacji Francji. Jak zatem w świecie, w którym wszystko wskazuje na triumf nauki (w tym medycyny), dochodzi do tego, że medycyna alternatywna, albo postawy sprzeciwiające się medycynie oficjalnej stają się pociągające. Innymi słowy: dlaczego altmed jest powabny?

Szukając odpowiedzi: mając na karku spadek po STS-ach, nie bardzo chcemy odpowiadać poprzez poszukiwanie jakichś ogólnych mechanizmów ścierania się idei (w stylu siły rozumu przeciw specyficznie nowoczesnej irracjonalności, albo jakoś tak). Ten tryb jest dla nas niewiarygodny. Bardziej interesujące jest rozważenie – jak widać ten problem z perspektywy pacjenta w szpitalu? Czy ktoś znajdujący się na terenie zwycięzcy – biopolitycznej instytucji panoptycznej (etc.) ma szanse „wyjść poza system” (mentalnie, w praktyce)?

Metodologia: badanie etnograficzne (z wszelkimi jego niedogodnościami).

Na czym skupiały się obserwacje: w obserwacjach interesowały mnie dwie rzeczy: 1. W jaki sposób wytwarzane jest niezadowolenie pacjenta? Jak jest ono dystrybuowane, w jaki sposób krąży, kto je podtrzymuje, kto uchyla? Założenie jest takie, że niezadowolenie artykułowane jako niezadowolenie, niechęć, czy rozczarowanie służbą zdrowia w ogóle może stanowić krok pierwszy w stronę altmedowej konkurencji (chociaż oczywiście, to nie jedyna droga). 2. Jak wygląda dynamika konstruowania wiedzy i, zwłaszcza, niewiedzy u podmiotu, aktora, pacjenta, działającego (sami wybierzcie sobie stosowne określenie)? Założenie jest takie, że poza niezadowoleniem (komponentem emocjonalnym), pacjent operuje pewnego rodzaju wiedzą i niewiedzą, według której ocenia i rozpoznaje działania personelu medycznego. Na tej podstawie może kwalifikować je jako słuszne, niesłuszne, kompetentne, niekompetentne, dobre, złe itd. (powiedzmy, że to komponent poznawczy).

I oczywiście, nie tyle interesowała nas wiedza jako „coś w głowie”, ile jako coś wykonywanego w praktyce (znów spadek STS-ów i ANT).

Obserwacje: okazywało się, że można było zaobserwować dwa standardowe obszary generowania niezadowolenia. Jeden oczywisty – zderzenie oczekiwań pacjentów z praktykami personelu medycznego. Jednakże na tym skupiałem się w mniejszym stopniu, ponieważ raczej prowadził do narzekania na instytucję, bez ingerencji w poziom wiedzy. Drugi był ciekawszy: dotyczył tych pacjentów, którzy sumiennie wykonywali zalecenia personelu (obecne lub wcześniejsze, w przypadku przewlekłych problemów).

Teraz szybki obrót perspektywy: zamiast patrzeć na działającego tak czy inaczej pacjenta, spójrzmy na dynamikę całej sieci (zbiorowości, asemblażu, materialnej konfiguracji, wiązki procesów – znów proszę sobie wybrać właściwe określenie). Wspominałem wcześniej o laboratoryzacji: chodzi o pacjentów, którzy poprzez własne praktyki uczestniczyli w skutecznej laboratoryzacji, to znaczy przekształcili tak swoje otoczenie, aby zamieniło się w quasi laboratorium. Ich doświadczenie polegało na zderzeniu z dziurami w laboratoryzacji ze strony placówki medycznych. Innymi słowy – ci pacjenci rozszerzali warunki medyczno-laboratoryjne i jednocześnie obserwowali, że nie czyni tego szpital. Zamiast tego działo się coś innego, różne frakcje szpitala (bez technicznego żargonu trochę brakuje mi tu sposobów ujęcia problemu :)) realizowały różne procesy laboratoryzacji, które wcale nie musiały się ze sobą sklejać. Więcej nawet, mogły się ze sobą kłócić. I to było właśnie to doświadczenie dziur.

Przykłady: miesięczne niemowlę, rodzice mają zalecenia jak najstaranniejszego izolowania od kontaktów z innymi w celu uniknięcia bardzo groźnych w tym przypadku infekcji (laboratoryzacja 1). W ramach badań ogólnych dziecko zostaje skierowane na badanie USG i czeka w kolejce poza swoim oddziałem w tłumie osób chorych (np.  pokasłujących, kichających) oraz osób spoza szpitala (laboratoryzacja 2).

Pacjentka w podeszłym wieku ze złamaniami i potłuczeniami zostaje skierowana na prześwietlenie złamanej ręki. Nie może jednak uzyskać pomocy w położeniu się, ani odpowiednim ułożeniu ręki, ponieważ technik robiący prześwietlenie nie jest świadom kompleksowości problemu (złamanych żeber, potłuczeń). Tutaj ogólne zalecenia, które otrzymuje pacjentka związane z jej całościowym stanem (laboratoryzacja 1) zderzają się z wybiórczymi manipulacjami skoncentrowanymi jedynie na złamanej kończynie (laboratoryzacja 2).

Komentarz do przykładów: To krótkie przykłady dla orientacji. Ważne jest dla mnie wyłowienie pewnej ogólnej mechaniki – nie chodzi o indywidualne wady i zalety, czy uchybienia, czy sukcesy (w stylu „troskliwy lekarz”, czy „lekarz bezduszny i niezainteresowany”), ile o mechanizmy rozproszone generujące nakładanie na siebie odmiennych laboratoryzacji.

Hipoteza: moja hipoteza przyjmuje więc następującą postać: nakładające się na siebie różne laboratoryzacje tworzą niejednorodne strefy większej lub mniejszej skuteczności obejmowania pacjenta praktykami medycznymi (naukowymi, laboratoryjnymi), co w rezultacie może wytwarzać wrażenie, że szpitale same nie przestrzegają swoich zaleceń. Podobnie jak w zjawisku interferencji fal pojawiają się obszary jaśniejsze i ciemniejsze, tak tutaj można mówić o interferencji laboratoryzacji.

Zalecenia: tutaj jestem w kropce. Ogólne zalecenie, które przychodzi mi do łowy polega na konieczności usprawnienia krążenia informacji tak, aby przechodziły między różnymi laboratoryzacjami. W rezultacie, powinno to wygładzić różnice między „obszarami ciemniejszymi i jaśniejszymi”. Ale to nazbyt ogólnikowe.

No dobrze, tak czy owak, jest to praca w toku i powyższe pospieszne ubranie jej części w słowa ma za zadanie otworzyć możliwości usprawniania analiz. Jedno chciałbym podkreślić, jeśli nie stało się to dotąd jasne: intencją nie jest przeprowadzanie „krytyki medykalizacji” lub coś podobnego (np. „krytyka uprzedmiotowienia pacjenta” etc.), a taka analiza faktycznych praktyk medycznych, która może zostać wykorzystana do poprawy organizacji procesu leczenia ludzi.

KRZYSZTOF

 
3 komentarze

Opublikował/a w dniu Kwiecień 11, 2012 w badania w toku

 

Tagi: , , , ,