RSS

Archiwa miesięczne: Październik 2012

Młodzi naukowcy wspierają prezesów

Kryzys się rozkręca na dobre. Nie jest już tak łatwo jak kiedyś uzyskiwać godziwe, kapitalistyczne zyski. Trzeba ciąć koszta. Prezesi, kolejne wcielenie Audytorów Rzeczywistości, chwytają się każdej możliwości aby zaoszczędzić. Oszczędzanie na kosztach pracy ma swoje granice, niestety pracownicy z jakiś niezrozumiałych powodów, wciąż muszą przeznaczać pieniądze na podtrzymanie swojej fizycznej, biologicznej egzystencji. Prezesi szukają, gdzie ciąć, gdzie oszczędzić? Jednym z takich miejsc jest  budżet przeznaczany na reklamę, kosztują one firmy niemało. Czas antenowy, reklama prasowa, internetowa (pozycjonowanie stron) to spore wydatki, podobno potrzebne wydatki.

Ostatnio przydarzyła się okazja do zaoszczędzenia, prezesi mogli w łatwy sposób skorzystać ze wsparcia innych. Tymi, którzy subsydiowali  prezesów byli tym razem, młodzi/e naukowcy/czynie. Nic w tym nadzwyczajnego, od jakichś 500 lat, kapitalizm opiera się na eksternalizacji kosztów, co pozwala na  nieograniczoną akumulację kapitału. .

W dniu 21 października odbyło się uroczyste wręczenie naukowych nagród tygodnika „Polityka”. Sama uroczystość miała charakter „tańca z gwiazdami”, spośród „nieprzeciętnej piętnastki” wybranych zostało pięcioro laureatów. Ci ostatni zostają nagrodzeni zawrotną sumą 30 tysięcy polskich złotych.

Oczywiście, jak mawiał mój znajomy: mieć 30 tysięcy i nie mieć 30 tysięcy, to w sumie 60 tysięcy. Nagroda to przeciętne roczne zarobki adiunkta (PAN-owscy mają mniejsze).

A gdzie o tych prezesach zapytacie?

Już donoszę, nagrody były sponsorowane przez kilka firm: PZU (partner główny) oraz Bank Pocztowy, Servier, Provident i Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Liczmy – mamy tu pięciu sponsorów oraz pięć nagród po 30 tysięcy PLnów. Czyli łącznie nasi prezesi wydali 150 tysięcy złotych. Suma zawrotna.

Można się ucieszyć,  że dali choć tyle. Dlaczego jednak nie warto być zbyt pogodnym?

O finale nagród naukowych „Polityki” było głośno mediach: „Teleexpressie„, „Wiadomościach„,  wzmianki były obecne w prasie. Czas reklamowy, powierzchnia reklamowa uzyskana przez prezesów jest o wiele więcej warta niż te 150 tysięcy. Suma pojedynczego stypendium odpowiada mniej więcej 30 sekundom reklamy przed „Wiadomościami” w TVP (cennik tutaj). Gwoli uczciwości trzeba przyznać, że czas wzmianki o finale nagród naukowych, nie jest odpowiednikiem analogicznego czasu w bloku reklamowym. Z drugiej jednak strony, informacje o szlachetnych prezesach-darczyńcach, krążyć będą długo dłużej.

Nie spierajmy się o szczegóły, faktem jest, że młodzi/e naukowcy/czynie swoim wieloletnim wysiłkiem wsparli w czasach kryzysu prezesów kilku firm. Oferując im za niską cenę przestrzeń reklamową, co więcej lokując firmy darczyńców w bardzo korzystnym kontekście.

Umieszczanie w pozytywnym kontekście jest szczególnie ważne dla firmy Provident,  słynnego z innowacyjności, pioniera umów śmieciowych. Zysk brutto tej ostatniej firmy w pierwszym półroczu tego roku, to około 24 mln funtów brytyjskich. Zysk netto tej firmy w roku 2011 to ponad 200 mlnów złotych. Mam ponure wrażenie, że częściej niż z programów stypendialnych „Providentu” doktoranci/tki korzystają z oferowanych przez tą firmę pożyczekchwilówek. A jak z innymi szlachetnymi sponsorami polskiej nauki, spójrzmy tylko na PZU, w 2011 prezes tej firmy zarobił w sumie marne 1,5 mln złotych. Przypomnijmy tylko, że PZU to firma będąca własnością skarbu państwa.

Nie będę szukał dłużej, myślę, że widać dokąd zmierza moja argumentacja. Przy sumach, które tu się pojawiają, zadziwia, że prezesi musieli oszczędzić na pozostałych finalistach. Ta dziesiątka zdolnych, młodych naukowców/czyń dostanie nagrody w wysokości 5 tysięcy plnów ufundowane przez tygodnik ‚Polityka”.

Jakie koszta ponieśliby prezesi, gdyby mieli ufundować nagrody całej piętnastce, policzmy, zatrważające 300 tysięcy złotych. Wartość mieszkania w Poznaniu. Zobaczcie, jednak co zrobiłem, użyłem słówka „koszty” -czyli nie uwzględniłem darmowej roboty, którą dla prezesów zrobili naukowcy reklamując szlachetnych darczyńców. Ponadto  nie uwzględniłem sumy, którą wydała „Polityka”.

Blog ten nosi tytuł „struktury wiedzy”, poświęcony jest refleksji z okolic socjologii wiedzy i społecznych badań nad nauką. Powyższy obrazek jest niewesoły: różnica sił, akumulacji kapitału pomiędzy „biznesem” a „nauką” jest ogromna. Możliwość budowania nauki, rozwijania struktur wiedzy wydaje się chimerą. Dopóki nie zaczniemy finansować nauki w stopniu choć zbliżonym do tego, co wydajemy na prezesów nie ma sensu myśleć o polskich noblach, patentach, wynalazkach. Można się zastanawiać po co w ogóle nam nauka, po co  wiedza inna niż zautomatyzowane algorytmy grające na giełdzie. Ci, którzy widzieli film „Chciwość” [Margin call], wiedzą do czego prowadzi oddanie rynku algorytmom. Osoby które obejrzały film dokładnie zauważyły pewnie, że specjalistami od ekonomicznego „mambo-jambo” byli „ostatni inżynierowie„. Inżynierowie, którzy już nic nie produkują, nie budują mostów, tylko pomagają w cyrkulacji wirtualnego kapitału.

Można zapytać co w tym złego, że inżynier konstruuje algorytmy zamiast mostów? Niestety w „rzeczywistej” rzeczywistości, bez produkcji, bez nauki, bez rozwoju technologii, bez inspirującej i  stabilizującej kulturowo roli humanistyki, przerośnięty, ekonomiczny pasożyt nie przetrwa długo. „Rzeczywista” rzeczywistość nie  bywa częstym gościem ekonomicznych broszur o innowacyjności (pisanych przez ludzi, którzy nic potrafią wytworzyć). Dlatego wątpię by prezesi dostrzegli w porę zagrożenie, jakim jest rozdęte pasożytnictwo „biznesu” nad innymi dziedzinami.

 Pytanie tylko, czy nie jest zbyt późno, czy można wypracować jeszcze mechanizmy takiej współpracy pomiędzy pasożytem i nosicielem. W tym kontekście warto przypomnieć zlokalizowane pytanie zadanie przez Edwina Bendyka: czy Polska przetrwa do 2030.

Na koniec mam prośbę, nie pytajmy już więcej co nauka może zrobić dla biznesu, bo to bardzo obraźliwe pytanie.

Andrzej „Fronesis”

 
7 komentarzy

Opublikował/a w dniu Październik 22, 2012 w kapitalizm, lokalnie, naukowo

 

Tagi: , ,

Blogi zamiast egzaminów ustnych

Ponieważ moje wątpliwości co do akademickiej dynamiki wiedzy, w tym form jej sprawdzania, zamiast się wytłumiać, narastają, kontynuuję i rozszerzam stosowanie eksperymentalnych form zaliczania/egzaminowania. Dodatkowo wprowadzam pewną nowość. Dotychczas zaliczający „antropologię współczesności” mieli za zadanie robić aplikacje wybranych teorii. W tym roku blogowanie obejmuje jeszcze „teorię kultury” (na razie eksperymentalnie tylko pierwszy semestr) oraz nowy przedmiot „badanie kultury współczesnej”. W związku z tym, odgórnie wprowadziłem dwa typy notek: notki wyjaśniające (kawałek jakiejś teorii podany jak dla przedszkolaka) i notki aplikujące (czyli oglądanie wybranego kawałka świata poprzez jaką teorię).

Teraz, dlaczego?

Egzaminy ustne bądź pisemne sprawdzające opanowanie pamięciowe jakiegoś materiału ulokowane są w kulturze naukowej dziewiętnastego wieku i pierwszej połowy (właściwie trochę więcej) wieku dwudziestego. Książka drukowana jest niezwykle potężnym narzędziem gromadzenia wiedzy i manipulowania nią. Ale… Aby szybko wiedzą taką operować, zrobić na przykład aplikację jakiejś teorii która nie zajmie pięciu lat prac przygotowawczych, potrzeba ludzi, którzy wybranym zakresem materiału (książek) biegle się posługują. Przywołują treści, wiedzą co, gdzie się znajduje, potrafią twórczo krzyżować ze sobą wybrane wątki, motywy, dane.

Komputery oraz Internet zmieniają stan rzeczy. Nawet jeśli nie potraktujemy ich jako kolejnej warstwy mediów (jak chcą niektórzy badacze), a będą dla nas „jedynie” niezwykłą bazą danych, to już zmieniają całkowicie warunki gry. Zajęcia, które trwają semestr i oferują pobieżny przegląd jakiegoś obszaru (np. historia filozofii) przegrywają w dostępności informacji z jednym wieczorem intensywnego sieciowania. Olbrzymie zakresy informacji, które wcześniej były możliwe do zoperacjonalizowania jedynie dzięki zapamiętaniu, teraz są na odległość kliknięcia lewym klawiszem myszki (dwóch stuknięć touchpadu). Edukacja nie przestała być potrzebna, oczywiście, ale całkowicie zmieniły się kryteria jej efektywności.

Podobnie dzieje się z rolą wykładowcy. Jeśli przyjmę (absurdalną) rolę konkurującego z Internetem (w zakresie wiedzy), to szanse sukcesu (jakiegokolwiek) są marne. Raczej należy zmienić rolę, a sieć potraktować jako normalny, istotny element otoczenia (kulturowego i edukacyjnego), w tym jako jedno z narzędzi w procesie kształcenia.

Do sedna, czyli do sprawdzianów. Egzaminy nakazujące odtwarzać z pamięci pewne treści wyraźnie więc należą do innej kultury, nawet jeśli jeszcze siłą inercji są nadal wszechobecne. Ważniejsze zdaje mi się to, co zupełnie podstawowe dla badacza kultury (z dowolnej subdziedziny) – umiejętność aplikowania teorii, ram interpretacyjnych, pojęć, perspektyw oraz zdolność do przełączania się między nimi.

Blogi jako forma zaliczenia mają jeszcze wymiar kulturowo-polityczny. Egzaminacyjnych prac pisemnych nikt nie czyta (niejednokrotnie wliczając w to egzaminatora), egzaminy ustne są próżnym popisem. Dobrze zrobione notki na blogu mogą z kolei przyczynić się do upubliczniania ezoterycznej, akademickiej wiedzy opowiadając się tym samym przeciw jej prywatyzowaniu i grodzeniu dostępu do niej, spełniając tym samym jedno z oświeceniowych marzeń.

Zdecydowałem się na kontynuowanie eksperymentu blogowego, bo jeśli nie będą robiły to osoby, które tak jak ja, podają jako profesjonalne zainteresowania socjologię wiedzy, czy teorię kultury, to kto inny ma to zrobić?

I jeszcze notka na marginesie – pamiętać należy, że krajobraz wiedzy nie jest jednolity i rzecz jasna istnieją obszary, gdzie pamiętanie dużych ilości informacji jest istotne. Są takie, gdzie taka pamięciówka jest jednym z warunków wejścia w pole, są też takie, gdzie pamięciówka towarzyszy działaniu w danym polu.
Notka uzupełniająca: pierwszy egzemplarz tego wpisu powędrował na mojego bloga, ale wrzucam go również tutaj. Tam pojawił się, bo dotyczy organizacji mojej organizacji pracy ze studentami w tym roku akademickim, tutaj, ponieważ dotyczy struktur wiedzy.

Krzysztof

 
3 komentarze

Opublikował/a w dniu Październik 14, 2012 w lokalnie

 

Tagi: , , , ,

Społeczeństwo wiedzy i jego otwartość

Miałem dziwne życzenie, chciałem wypożyczyć książkę z mojej biblioteki wydziałowej. Perwersyjność tego pomysłu polegała na tym, że pożądana, przeze mnie książka jest w języku angielskim, co więcej miała dotyczyć problemów społeczeństwa wiedzy.

Tytuł książki jest ważny w kontekście poniższej notki: „Knowledge societies” napisana przez Nico Stehr. Uczciwie rzecz ujmując, nie jestem pewien czy to dobra książka. Pisząc jednak teraz książkę z obszaru socjologii wiedzy, zapoznanie się z tą pozycją traktowałem jako zwykły, rzemieślniczy obowiązek.

Gdy chciałem ją zamówić, ukazał mi się taki oto gorzko – ironiczny komunikat:

Kolekcja jest zamknięta, książka jest wypożyczona do 2025 roku, czy można lepiej skomentować polskie społeczeństwo oparte na wiedzy? Oceniani jesteśmy w trybie rocznym, dydaktykę prowadzimy w trybie semestralnym. Doktoranci/tki muszą bić się o stypendia, wykazywać w trybie 9 miesięcznych w sumie okresów (rok akademicki). Książkę natomiast możemy wypożyczyć najszybciej za 13 lat. Na habilitację jest lat oficjalnie przeznaczonych 8 lat. Rożne struktury, różne prędkości.

Ciekawszy niż wątek szybkości i jej relatywizacji do struktur, jest wątek finansowy. Żyjemy w kapitalizmie, wszyscy wokół pytają o pieniądze. Zapytajmy i my.

Kto zakupił ta książkę, za czyje pieniądze. Czy to pieniądze z funduszy biblioteki, czyjś grant? W przypadku funduszy bibliotecznych warto zapytać co uzasadnia zamknięcie kolekcji – jej stan, brak pomieszczeń?

W  wypadku grantu po jego zakończeniu książki powinny być powszechnie dostępne. Granty są opłacane z pieniędzy publicznych (czy to podatnika polskiego czy europejskiego). Nie sadzę, żeby jakiś grant trwał jeszcze 13 lat (nie wiem kiedy kolekcję „zamknięto”).

Jeżeli kolekcja zamknięta jest fundowana przez prywatny fundusz, który zastrzegł dostęp do książek, chciałbym wiedzieć kto jest tym fundatorem. Nie jest to jedyna książka z data wypożyczenia do 2025 roku, którą napotkałem w katalogu, ta pozycja wydawała mi się w tym kontekście najbardziej ironiczna.

p.s. Postaram się przeprowadzić małe „śledztwo obywatelskie”, o wynikach poinformuję w terminie późniejszym.

/Andrzej „Fronesis”/

 
8 komentarzy

Opublikował/a w dniu Październik 10, 2012 w lokalnie

 

Tagi: , ,